Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Studia i dokumenty »

JAKI EKUMENIZM?

Stefan Wilkanowicz


31-10-2013 / SW

Przed wielu laty pojawił się w redakcji „Znaku” o. Tomasz Podziawo, marianin wschodniego obrządku, Białorusin doskonały: cierpliwy, łagodny, pokornie mądry. Przyjechał do Polski po iluś latach łagru, ale nie o łagrze mówiliśmy, lecz o wiele ciekawszym miejscu – o Charbinie. Tam osiedlili się białoruscy marianie po I wojnie światowej. A dlaczego? Bo Mandżuria był schronieniem dla licznych uchodźców z ogarniętej rewolucją Rosji.


Ta duża grupa pilnie potrzebowała jakiejś szkoły, stworzyli ją więc marianie. Ale natychmiast powstał straszny problem: posyłać prawosławne dzieci do katolickiej szkoły, wydawać je na łup duszochwatów? To, że marianie byli Białorusinami wschodniego obrządku jeszcze pogarszało sytuację, tym łatwiej im było uwodzić niewinne dzieci. Ale prawosławni rodzice nie mieli wyjścia, innej szkoły nie było (tylko chińskie, ale to jeszcze gorzej).

Jak się zachowali marianie? W sposób, który i dziś byłby prekursorski.

Dzieci brały udział w katolickich mszach w szkole, ale do spowiedzi chodziły do prawosławnej cerkwi. A w trakcie katechez mówiono im najpierw o tym, co jest wspólne dla katolików i prawosławnych, a potem informowano o tym, w co wierzą tylko katolicy.

Organizowali też rekolekcje, tak jak to jest w zwyczaju u katolików, ale na zakończenie dzieci szły do cerkwi.
Jaki był rezultat takiego wychowania? Prawie nie było konwersji z katolicyzmu na prawosławie, ale za to duże zbliżenie duchowieństwa obu Kościołów. Kiedy pierwszy rocznik absolwentów chciał mieć rekolekcje w rocznicę matury, poproszono o nie prawosławnego biskupa. Ale ten nie wiedział jak się organizuje rekolekcje wedle katolickich zwyczajów, a więc po prostu poszedł się doinformować u marianów.

Rezultat piękny, ale ciąg dalszy gorszy. Pewnej nocy chińscy żołnierze otoczyli klasztor i szkołę, załadowali marianów do wagonów i zamknęli je. Jechali chyba przez kilka dni. Potem pociąg stanął i zapanowała cisza.

Po kilku godzinach pojawili się krasnoarmiejcy i aresztowali ich za nielegalne przekroczenie granic Raju.

Wiele lat później zdarzyło mi się pojechać do Sarajewa, które zaczynało się dźwigać po wojnie. I tu niespodzianka: mogłem zwiedzić szkołę, właśnie założoną przez katolicką diecezję, a która miała uczniów katolickich, prawosławnych, muzułmańskich, żydowskich i nie-wiadomo-jakich. Jak sobie z tym radziła?

Do dzieci katolickich i prawosławnych przychodził ksiądz katolicki (było w owym czasie tylko dwóch księży prawosławnych w mieście, na obsługiwanie szkół nie mieli czasu), do żydowskich rabin, do muzułmańskich imam. Ale wychowawcy doszli do wniosku, że powinno być także coś wspólnego, a zatem wprowadzono dla wszystkich historię wielkich religii.

Ale co zrobić z prawie połową tych, którzy pochodzili z rodzin bezwyznaniowych czy światopoglądowo niedookreślonych? Wprowadzono więc etykę opartą na filozofii.

*

Czego nas uczą te dwa przypadki?

Najpierw tego, że trzeba mieć wyobraźnię i troszczyć się o żywych, konkretnych ludzi, a nie powtarzać tradycyjne programy i metody.

Dalej tego, że dobrze jest zaczynać od konkretnych potrzeb. I raczej od dołu niż od góry.

Dla rozwoju ekumenizmu dialog teologów jest bardzo potrzebny, choć trudny i żmudny. Także rozwój stosunków między hierarchami, często jeszcze trudniejszy.

Ale przecież współpraca chrześcijan oraz wyznawców innych religii jest dziś palącą koniecznością, to ludzkość jej potrzebuje. Zarówno dla ograniczenia tragicznej biedy, ratowania pokoju oraz człowieka, zagrożonego rozmaitymi deformacjami i procesami degradującymi jego człowieczeństwo. Dla wychowywania takich ludzi, którzy będą umieli sprostać bardzo wysokim wymaganiom naszych czasów.

Ale nie ma co ukrywać (bo się nie da), że równocześnie potrzebne jest oczyszczenie religii z różnych naleciałości i deformacji, będących nieraz ich zaprzeczeniem.

Wszyscy widzimy spory między muzułmanami o autentyczność islamu, widzimy terrorystów powołujących się na islam oraz tych, którzy gwałtownie przeciwko nim protestują – w imię islamu. Ale musimy także pamiętać, że Jan Paweł II już około stu razy publicznie wzywał katolików do rachunku sumienia i wyznania win wobec tych, których krzywdzili.

Od roku powtarza coraz bardziej dramatyczne apele o dialog i współpracę, o ratowanie pokoju, o większą sprawiedliwość, organizuje międzyreligijne spotkania, podejmuje czy inspiruje różne inicjatywy w tej dziedzinie.
Dialog ekumeniczny potrzebny jest także samym chrześcijanom dla ich ubogacenia. Przecież Kościoły czy chrześcijańskie wspólnoty mają różne osiągnięcia, mogą się wspierać zamiast rywalizować, i to czasem bardzo głupio, wręcz gorsząco.

Mój wymarzony dialog skupiałby się wokół podstawowych pytań: jak być dziś chrześcijaninem? Jak naśladować Chrystusa w różnych warunkach, w różnych zawodach czy powołaniach, jak do tego wychowywać dzieci? Wiemy wszyscy jak to jest trudne, wszyscy się z tym borykamy. Dlaczego więc sobie nie pomagamy? 

Marzy mi się na przykład ankieta, stawiająca takie czy podobne pytania, ogłoszona równocześnie przez różne pisma chrześcijańskie. A potem wspólna dyskusja nad odpowiedziami.

Można oczywiście zacząć nie od ankiety lecz od bardziej kameralnych spotkań – sposoby mogą być różne. Ale tak czy inaczej trzeba tego rodzaju dialog zacząć – to jest nasz chrześcijański obowiązek wobec siebie samych, a także i innych.

Jest jeszcze jedna wielka dziedzina współpracy – kultura. Bardzo jest dziś potrzebny rozwój takich jej form, które łączą różne rodzaje sztuk z medytacją i kontemplacją. Marzą mi się wieczory łączące muzykę, śpiew, poezję, medytację i modlitwę. Byłem niedawno na koncercie (czy to dobre słowo?) chóru z góry Athos. Były to oczywiście śpiewy liturgiczne. Wspaniałe, ale niezrozumiałe. Kościół poniekąd zmieniony w salę koncertową a liturgia w koncert. Powtarzam – było to wspaniałe, a równocześnie sztuczne, wbrew naturze. I zmarnowana okazja.

Pięknemu śpiewowi powinny towarzyszyć pięknie podane teksty, w przekładach oddających ducha kontemplacji. I chwile ciszy. Być może medytacja wprowadzająca w świat, który tak śpiewane modlitwy zrodził. Być może końcowe przesłanie-modlitwa.

Co niedziela staram się słuchać kantat Bacha w II programie Polskiego Radia, pięknie i mądrze przedstawianych przez prof. Mirosława Perza. Ale znowu niedosyt – dlaczego brak przekładu? Rozumiem, że mogły być przeszkody, opory wobec „propagandy religijnej”. Czy istnieją nadal? Jeśli tak, to trzeba Bacha wykonywać w kościołach, ale nie jako poniekąd zlaicyzowany koncert, lecz w pełni, razem z modlitewnymi treściami. Zresztą wykonywanie „pieśni bez słów” (bo są niezrozumiałe, nieraz także po polsku) jest wbrew naturze, odczuwam to jako barbarzyńską amputację.

Dlaczego sami laicyzujemy kulturę chrześcijańską? Także przez koncerty kolęd w niemal operowym wydaniu.
Mamy skarby muzyki, sztuk plastycznych i poezji – nie tylko u dawnych mistrzôw, ale i współczesnych, także młodych. Zaniedbujemy je, nie dzielimy się z innymi, nie łączymy dorobku różnych tradycji chrześcijańskich, nie pokazujemy go tym, którzy od chrześcijaństwa (czy kontemplacyjnego wymiaru życia) odeszli i czasem już nie wiedzą jak bardzo go potrzebują.

Nasz ekumenizm powinien być radykalnie chrystocentryczny, z wielu powodów: bo to istota chrześcijaństwa, bo przede wszystkim Chrystus jest ludziom potrzebny, o wiele bardziej niż doktryna, bo to On przede wszystkim nas do siebie zbliża, rzadko jest powodem sporów.

Zaś jednocześnie nasz ekumenizm powinien być pluralistyczny, bo nie chodzi o ujednolicanie lecz wzajemne wzbogacanie, pobudzanie wciąż nowych inicjatyw, ciągły rozwój – który wprawdzie nie budzi entuzjazmu kościelnych biurokratów, ale i w stosunku do nich pewien ekumenizm jest konieczny, trzeba uznawać ich rolę sceptyków, zmuszających do lepszego przygotowywania nowych projektów.

Równocześnie ten ekumenizm pluralistyczny prowadzi do pluralizmu ekumenicznego. Ten termin pochodzi od Richarda von Weizsaeckera, byłego prezydenta RFN. Chodzi o to, że zachowując bogactwo różnorodności musimy usilnie dążyć do budowania wspólnej bazy wartości, bez której żadne społeczeństwo nie może się rozwijać, a nawet normalnie funkcjonować. Otóż dzisiaj jesteśmy poważnie zagrożeni rozchwianiem wartości, moralną dezorientacją i pluralizmem relatywistycznym, gdzie wszystko jest względne i wszystko coraz bardziej dozwolone. Oczywiście ta sytuacja budzi niepokój i niektórych skłania do lękowych reakcji ideologiczno-fundamentalistycznych, czyli do pluralizmu sekciarskiego, plejady wykluczających się nawzajem para-sekt. Często wojowniczych, upolitycznionych, zamkniętych na wszelki dialog.

Mamy z nim do czynienia w różnych kręgach społecznych, także w Kościołach i wspólnotach religijnych. W tych ostatnich spotykamy nieraz środowiska, które formalnie sektami nie są, mają jednak podobną sektom organizację i mentalność. W Polsce można tu mówić np. o Radiu Maryja, w którym zbiega się religijny nacjonalizm o fundamentalistycznym zabarwieniu ze wschodnią opcją polityczną. Nie jest w tym wypadku istotne co jest skutkiem a co przyczyną, ważne jest połączenie, skądinąd logiczne, bowiem naturalny jest związek religijno-politycznej wizji Kościoła z autorytarnym systemem politycznym. Sądzę, że taką wizję i taki program miał również Bolesław Piasecki.

Chrześcijański rachunek sumienia jest więc koniecznością, musimy nauczyć się rozpoznawać własne błędy i winy, będące nieraz praktycznym zaprzeczeniem chrześcijaństwa. Warto pamiętać, że Jan Paweł II w ostatnich latach wzywał do niego około stu razy. Ekumenizm jest tu – a przynajmniej może być – wielką pomocą.

do druku

poleć stronę