Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Punkt widzenia »

Czego boi się Izrael?

Moshe Arens


16-05-2013 / MF

„Izrael już w tej chwili jest państwem dwunarodowym – najlepsze, co rząd może zrobić w tej sytuacji, to wspierać imigrację żydowską i zadbać o lepszą asymilację Arabów w izraelskim społeczeństwie” – pisze na łamach "Haaretz’u" Moshe Arens.


Moshe Arens (fot. Ariel Jerozolimski)

Moshe Arens (fot. Ariel Jerozolimski)

Wygląda na to, że strach przed powstaniem państwa dwunarodowego jest siłą napędową zarówno na prawicy, jak i na lewicy izraelskiej sceny politycznej, co objawia się licznymi propozycjami porzucenia wzgórz Samarii i Judei – biblijnych ziem Izraela – na rzecz nieznanej jeszcze i nieprzewidywalnej siły. Tymczasem prawdą jest, że Izrael już w tej chwili jest państwem dwunarodowym – państwem mieszkających obok siebie Żydów i Arabów. Zwolennicy utworzenia państwa palestyńskiego w Judei i Samarii zwyczajnie nie chcą wyrazić zgody na powiększanie się już funkcjonującej w Izraelu mniejszości arabskiej. Za ich szlachetnym hasłem: „Dwa państwa dla dwóch narodów” kryje się prawdziwy, politycznie niepoprawny slogan: „Ani jednego Araba więcej!”

Wszyscy syjoniści – poczynając od Teodora Herzla – zdawali sobie sprawę, że jeżeli powstanie państwo żydowskie, to będzie w nim mieszkała znacząca mniejszość arabska. Według Zeewa Żabotyńskiego warunkiem koniecznym dla powstania państwa żydowskiego była większość ludności żydowskiej. Pytanie brzmi: jak duża? Na jak liczną mniejszość arabską w granicach Izraela można sobie pozwolić, bez znaczącego wpływu na żydowski charakter tego państwa? Nie ma jednoznacznej, kwantytatywnej odpowiedzi na to pytanie. Obecnie mniejszość ta stanowi 17% społeczeństwa izraelskiego – czy to już jest nieprzekraczalna granica? A może granicą jest 20% – liczba, którą uzyskalibyśmy, gdyby wszyscy arabscy mieszkańcy Jerozolimy Wschodniej otrzymali izraelskie obywatelstwo? Czy 30% byłoby przesadą? W jakim kierunku będzie się rozwijała sytuacja demograficzna – jak wysoki będzie przyrost naturalny Żydów i Arabów w najbliższych latach? Jak licznej aliji [żydowskiej imigracji (do 1948 r. do Palestyny, potem do Izraela) – przyp. tłumacza] możemy się spodziewać w przyszłości, a jak bardzo jesteśmy pewni sprawdzalności prognoz demograficznych?

Biorąc pod uwagę wszystkie te wątpliwości – jak wielkie ryzyko jesteśmy w stanie podjąć? Opuścić na zawsze Judeę i Samarię i wysiedlić dziesiątki tysięcy Izraelczyków? Czy inkorporować część Judei i Samarii i zaakceptować mieszkających tam Arabów jako obywateli Izraela? Ile mamy jeszcze czasu na zbieranie danych, które rozwieją wszystkie wątpliwości dotyczące naszej przyszłości, zanim w końcu będziemy gotowi podjąć brzemienną w skutki decyzję? Czas gra na naszą korzyść, czy wręcz przeciwnie?

W międzyczasie mamy do zrobienia rzeczy, które przyczynią się do poprawy sytuacji – niezależnie od ostatecznego jej rozwiązania. Powinniśmy poświęcić więcej uwagi asymilacji Arabów w izraelskim społeczeństwie i promowaniu aliji w krajach diaspory żydowskiej. Stopień zintegrowania mniejszości arabskiej ze społeczeństwem izraelskim wiąże się bezpośrednio z odpowiedzią na pytanie, jak duża mniejszość arabska może żyć w pokoju w państwie Izrael. Mniejszość, która jest odseparowana od państwa i ma do niego wrogi stosunek, stanowi problem. Mniejszość, która jest zasymilowana i czuje się w państwie jak u siebie w domu – może stanowić atut.

Pomimo sprzeciwu radykałów, np. Ruchu Islamskiego, obserwujemy w ostatnich latach zdecydowane postępy w integracji Arabów ze społeczeństwem izraelskim. To wynik działań spontanicznych, otrzymujących bardzo niewielkie wsparcie rządowe. Można by osiągnąć dużo więcej, gdyby tylko władze przyznały procesowi integracji najwyższy priorytet. Z czasem może się okazać, że kwestie demograficzne rozwiną się inaczej, niż się tego spodziewamy. 

Inną kwestią związaną z demografią jest alija. W przeszłości większość imigrantów przyjeżdżała do Izraela z krajów, w których społeczność żydowska czuła się zagrożona. W przyszłości potencjalnych osadników mniej interesować będzie azyl, a bardziej to, co Izrael ma im do zaoferowania. Dobra sytuacja ekonomiczna poprzedniej dekady sprawiła, że Izrael stał się krajem o poziomie życia równie wysokim, a nawet wyższym niż w niektórych z krajów, w których mieszka duża diaspora żydowska. Czy możemy podwoić liczbę imigrantów, która obecnie wynosi 20 tys. ludzi rocznie? Czy jest możliwe, aby do Izraela przyjechało pół miliona Żydów w ciągu najbliższych 10 lat? Być może – o ile rząd wdroży aktywną politykę wspierania aliji.

Może jednak, mimo wszystko, czas gra na naszą korzyść.

Tłumaczenie i opracowanie: Małgorzata Urszula Fortuna

 

Artykuł ukazał się na stronie "Haaretz’u" 13 maja 2013 r. pt. Who’s afraid of the bi-national state?



Moshe Arens (ur. 27 grudnia 1925 r. w Kownie) jest izraelskim naukowcem i inżynierem lotnictwa, dawniej dyplomatą i politykiem. Był członkiem Knesetu w latach 1973-1992 i 1999-2003, trzy razy pełnił funkcję ministra obrony, raz ministra spraw zagranicznych. Był również ambasadorem Izraela w Stanach Zjednoczonych.

 

do druku

poleć stronę