Wstęp Nowoczesna parafia Komentarze Diagnozy Refleksje Relacje Polecamy
NOWOCZESNA PARAFIA

Doświadczenia trzech diecezji - abp Kazimierz Nycz 






Nie da się zmienić wszystkich parafii. Ale trzeba spróbować, bo może wtedy na 250 nie 10, jak dziś, tylko 50 parafii takich będzie? Parafii, które (mówiąc dzisiejszym językiem marketingowym) mają swoją szczególną markę i przyciągają inteligencję, młodzież, dzieci? Co robić, żeby znikała anonimowość, która dotyka parafie? Jak z 20-tysięcznej parafii zrobić wspólnotę-wspólnot? Jak przebić balon anonimowości? (Oczywiście są tacy, którzy wolą być anonimowi, trzeba im na to pozwolić, ale zapraszać wytrwale wszystkich tych, którzy rozumieją, że Kościół jest wspólnotą) - mówi na podstawie swoich doświadczeń metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz w rozmowie ze Stefanem Wilkanowiczem.

Stefan Wilkanowicz: Jako biskup masz wyjątkowe doświadczenia, które wyniosłeś z trzech bardzo różnych diecezji: krakowskiej (z wychyleniem na Śląsk), koszalińskiej i obecnie warszawskiej. W tej ostatniej odwiedziłeś już wszystkie parafie!

Abp Kazimierz Nycz: Te doświadczenia – chociaż każde o innym stopniu intensywności – leżą u podstaw mojej kapłańskiej tożsamości: jako księdza, i jako biskupa. Na pewno przez urodzenie, wychowanie i wieloletnią pracę, najlepiej znam diecezję krakowską. W koszalińskiej spędziłem trzy lata – to czas, w którym zdążyłem ją poznać. Ciągle jeszcze bardzo ostrożnie wypowiadam się na temat doświadczenia warszawskiego.
          Faktycznie, byłem we wszystkich parafiach. Rozmawiałem z każdym księdzem. Ale to jest tylko wstępne dotknięcie problemu. Potrzebuję czasu. Poza tym, im jestem starszy, tym jaśniejsze staje się dla mnie, że doświadczeń życiowych nie da się w prosty sposób przenosić. Nie można ich wrzucić do jednego worka, a potem wyciągać gotowe recepty. Muszę powiedzieć, że gdybym w drodze z Krakowa do Warszawy nie trafił do Koszalina, byłoby mi teraz bardzo trudno – taki widać był zamysł Boży.
          W diecezji krakowskiej religijność w wymiarze praktyk, tradycji parafialnej (zwłaszcza małomiasteczkowej), w wymiarze katechetycznym czy rodzinnym, była nieporównywalna z innymi regionami Polski. Czasem czuję jakby zazdrość – ale na szczęście nie taką, z której musiałbym się spowiadać. Bo z drugiej strony stawiam sobie pytanie: czy intensywność jest wystarczającym parametrem religijności? Czy religijność motywowana tradycją i zwyczajem, wystarczy, kiedy przyjdzie czas próby? A czasem próby staje się dziś chociażby wyjazd za granicę. Czy motywacja, w której pytanie „dlaczego wierzę?” ledwie majaczy, jest wystarczająca?
          Właśnie tej drugiej strony medalu doświadczyłem w Koszalinie. Powiem wprost. Ludzie, którzy tam mieszkali zostali przesiedleni w dużej części z wileńszczyzny, z lwowskiego, byli tam grekokatolicy i ludzie z centralnej Polski. Wszyscy niezwykle pobożni. Jednak, kiedy z czasem się wykorzenili, powstał wśród nich spory zamęt. Parametry religijności, wcześniej wysokie, w ciągu dwóch pokoleń obniżyły się do poziomu warszawskiego. Jednocześnie spotkałem się z kilkoma innymi parafiami, a także słyszałem o takich przypadkach w województwach opolskim i wrocławskim, gdzie całe społeczności ze Wschodu przyjechały w pociągu z księdzem i zamieszkały w jednej wsi. W ich przypadku doświadczenie wykorzenienia nie było tak drastyczne. Okazuje się, że wykorzenienie jest niezwykle trudnym etapem dla religijności człowieka i wspólnot.
          Pod tym względem Warszawa przypomina koszalińskie. 300 tysięcy – tylu rodowitych Warszawiaków przypada na 2 miliony mieszkańców stolicy. Pozostali to ludzie, którzy przeżyli migracje, najpierw związane z powojennymi losami, potem z pracą, teraz z businessem. Wszystkich tych ludzi trzeba integrować w jedną całość. Kościół wypełnił to zadanie na ziemiach zachodnich, myślę, że teraz musi sobie poradzić – choć będzie to trudne – w takim środowisku, jak Warszawa.

Właśnie zaznaczyłeś drugi istotny problem: problem wspólnoty. Możesz podać przykłady parafii, które trzeba pokazywać jako warte naśladowania? Jaka jest ich metoda działania?

Takie parafie poznałem w diecezji krakowskiej, ale też w koszalińskiej, gdzie parafie odżyły dzięki osobom nowoprzybyłym. Tak było dzięki wspólnotom lwowiaków czy grekokatolików w Białym Borze albo przy zakładaniu nowych parafii w Koszalinie i Słupsku.
          Niemal zawsze wiązało się to z obecnością proboszcza, który był człowiekiem otwartym na ludzi. Niejeden z nich wycisnął na parafii takie znamię, że stała się ona miejscem identyfikacji również dla ludzi spoza niej. Tam odnajdywali propozycje dla siebie, czasem nawet dzięki zupełnie świeckim spotkaniom. Bo takie też są potrzebne, aby religijności nie budować obok tego, co jest ludzkie, lecz właśnie w samym centrum tego, co ludzkie.
          Także w Krakowie istnieją parafie de facto personalne. Podobnie w Warszawie. Są miejsca, gdzie ludzie znajdują „coś” – „coś”, co akurat odpowiada ich potrzebom. Tu nie tylko chodzi o liturgiczny wymiar Mszy św., ale również o fakt, czy jest ona obudowana czymś więcej, co często można zobaczyć później w pomieszczeniach kościelnych, gdzie ludzie po Mszy św. chętnie się gromadzą. To są przypadki choćby księży Twardowskiego, Bozowskiego czy Dembowskiego, szeregu kapłanów w kościele św. Anny na Krakowskim Przedmieściu. Również na nowych osiedlach tworzą się takie tradycje, na przykład u dominikanów.
          Co robić, żeby takich parafii, w których ludzie się dobrze czują, było więcej?
          Nie da się zmienić wszystkich. Ale trzeba spróbować, bo może wtedy na 250 nie 10 jak dziś, tylko 50 parafii takich będzie? Parafii, które (mówiąc dzisiejszym językiem marketingowym) mają swoją szczególną markę i przyciągają inteligencję, młodzież, dzieci? Co robić, żeby znikała anonimowość, która dotyka parafie? Jak z 20-tysięcznej parafii zrobić wspólnotę-wspólnot? Jak przebić balon anonimowości? (Oczywiście są tacy, którzy wolą być anonimowi, trzeba im na to pozwolić, ale zapraszać wytrwale wszystkich tych, którzy rozumieją, że Kościół jest wspólnotą)

Kolejny problem: jak przekazywać dobre doświadczenia? Moim zdaniem zgodnie z przysłowiem „największym powodzeniem cieszy się powodzenie”. A dziś mamy internet, który pozwala nam z łatwością dzielić się z innymi własnymi sukcesami.

Ale też powstaje pytanie, jak informować, żeby nie wzbudzić zazdrości, tylko inspirować?
          Powiem konkretnie. Parafia św. Józefa na Kole w Warszawie. Proboszczem był, emerytowany już dziś, ksiądz Jan Sikorski, wieloletni naczelny kapelan więziennictwa w Polsce. Dzięki jego pracy i osobie parafia stała się niezwykle otwarta i bliska ludziom. Tam jest nawet 24-godzinna adoracja! Sale, spotkania, grupy. Aktywni świeccy, Neokatechumenat, Ruch Odnowy w Duchu Świętym i cały katalog inicjatyw. Księża, którzy tam wyrośli, mówią mi dziś, że za proboszczowania księdza Jana, wikary nie mógł się tłumaczyć: „ja się na tym nie znam”, „tego nie lubię”. Ksiądz Sikorski odpowiadał prosto: „Jak nie możesz, jak nie lubisz – jest dziesięć innych propozycji, więc zabieraj się do pracy”.
          To według mnie parafia wzorcowa. Księżom i świeckim trzeba ją pokazać. I powiedzieć: nie róbcie kopii, ale wykorzystajcie coś u siebie.
          Internet to oczywiście sposób na dzielenie się pozytywnymi przykładami. Ale internet to też potężne narzędzie preewangelizacyjne.
          Dociera do ludzi, którzy już dawno do kościoła nie przychodzą. Nie będę wydawać ani dekretu ani nakazu: „posługujcie się internetem”. Ale będę, tak jak teraz, popierać młodych księży i świeckich, którzy chcą to robić. Surfując po sieci, na pewno trafiłeś na „serwis duchowy”. Ta strona istnieje zaledwie od kilku miesięcy. Stworzył ją niedawny neoprezbiter z grupą z duszpasterstwa akademickiego. Po kilku miesiącach miał już kilkaset tysięcy wejść. Kiedy uruchomili podstronę „Rekolekcje”, w drugim dniu odnotowali 50 tys. odwiedzin.
          Niedawno spotkałem się z grupą młodzieży, która też miała wiele inicjatyw. Nie podpinajcie się pod tę stronę, mówiłem im, tylko być może wykorzystując metodę, znajdźcie własną drogę. Poradziłem, że mogą się zwrócić do swojego biskupa z prośbą, aby im znalazł księdza - nie cenzora, lecz opiekuna, który będzie dbać o ład duchowy ich pracy.
          Moje pokolenie zaczynało wprowadzać do katechezy przeźrocza i Grundiga, następne miało ekran telewizyjny, a dziś sprawy idą tak szybko, że używanie mediów, włącznie z interaktywnymi, jest dla Kościoła koniecznością. Musimy korzystając z tej metody, otworzyć się na młodzież.
          Kiedyś poszedłem na nocną dwugodzinną rozmowę z młodzieżą do radia BIS. W dwie godziny do audycji przysłali kilkaset sms-ów. I muszę powiedzieć, że ta młodzież, na którą tyle nieraz narzekamy, miała setki ciekawych pytań. Żadne nie było dla mnie obrażające, choć niektóre trudne, czasem na krawędzi, a czasem odsłaniające, jak strasznie wewnętrznie poszarpani i poranieni są ci ludzie.
          Ta audycja jest dla mnie przykładem i wskazówką, jak trzeba rozmawiać z młodzieżą.
          Potrzebne jest duszpasterstwo młodych przez młodych, rodzin przez rodziny. Nie zawsze język hierarchii jest wystarczający, bo on przede wszystkim nie ma zdolności preewangelizacyjnych. Prawdziwą drogę do Kościoła pokazują ludziom przygotowani do głoszenia Ewangelii młodzi ludzie.

Jak osiągać lepszy kontakt księży ze świeckimi? Na przykład w parafii prymasowskiej w Rzymie (Basilica di Santa Maria in Trastevere) nie ma zwykłych ogłoszeń parafialnych, dosyć często szybko i nudno czytanych. Zamiast nich do mikrofonu podchodzą przedstawiciele grup działających w parafii i mówią o swojej pracy, o efektach, potrzebach. Zapraszają do współpracy. Rozumiałem może połowę z tego, o czym opowiadali, ale poczułem się członkiem tej wspólnoty…

Z wiekiem coraz częściej widzę, że nasze księżowskie nastawienie to chęć reformowania świeckich. Ale jest to dążenie odwzajemniane: nieraz grupa inteligencka zaczyna od reformowania księdza. A tymczasem powinni popatrzeć razem w jednym kierunku.
          R a z e m w j e d n y m k i e r u n k u.
          Wtedy dostrzegą wiele rzeczy, znikną obawy, że ktoś komuś zagraża. Jak w małżeństwie. Trzeba wypracować sztukę wspólnego patrzenia. To pierwszy warunek.
          Drugi warunek to dojrzałe myślenie. Można łatwo parafię zdeformować. W Niemczech widziałem pozamykane konfesjonały, Mszę św. odprawianą tylko w soboty i niedziele. A z drugiej strony intensywną działalność charytatywno-społeczną. Można bardzo łatwo rozbudować parafie tylko w oparciu o ten wymiar, zaniedbując Słowo i sakramenty. Ostrzegał przed tym Benedykt XVI. Mówił rodakom: uważajcie, ta wielka rzeka pracy charytatywnej wyschnie, kiedy przestanie mieć źródło, a źródłem jest Chrystus.
          Podkreślam: powinno być bardzo dużo grup w parafii, ale z zachowaniem dobrych proporcji pomiędzy głoszącymi Ewangelię, modlitewnymi i charytatywnymi. Jeszcze ważniejsza jest równowaga między grupami młodzieży i dorosłych. Bo potrafimy dość dobrze otaczać się dziećmi, ale już trudniej nam ze studentami a najgorzej z dorosłymi.

Jeszcze jedna sprawa, do której jestem przywiązany. Myślę, żeby nagrywać kazania księży…

…żeby się słuchali i kontrolowali…

…wpuszczać je do internetu. Żeby ludzie mogli potem przekazać uwagi, pytania. Żeby ksiądz nie mówił „ w przestrzeń”…

…żeby nie mówił obok problemów ludzkich…

…tylko odpowiadał na konkretne potrzeby…

…i brał pod rozwagę krytyczne uwagi.
          To bardzo ważna sprawa. Wymaga wiele pokory ze strony księży.

Będą się bać biskupów?
Myślę, że niektórzy będą się bać swojego własnego, nieprzygotowanego kazania. Albo, co gorsza, nie własnego.
          Jestem przekonany, że wielu księży stać na publikowanie swoich kazań już teraz. Robią to choćby ksiądz Pawlukiewicz w Warszawie czy ojciec Kłoczowski OP w Krakowie.

A udział świeckich? Nie chodzi o to, żeby głosili kazania, bo na ogół są one gorsze niż księżowskie. Ale może po zakończeniu liturgii mogliby opowiadać, jak dany tekst odnosi się do ich życia. Takie głosy warto nagrywać i w ten sposób tworzyć „bank doświadczeń i przemyśleń”, mogący służyć wielu ludziom.

Najważniejsze, to mieć grupę świeckich, z którymi współpracuje się w sprawach ewangelizacji, organizacji parafii, przy katechezach. Wtedy mogą się przygotować do bycia apostołami, a nie „zawodowymi katolikami”.
          Zwróć uwagę, że Jan Paweł II w „Pamięci i tożsamości” mówi z naciskiem, wręcz dramatycznie, że apostolstwo świeckich jest najważniejszą sprawą dla Kościoła w XXI wieku. A mówił to jeszcze jako młody biskup!

Czy czasem nie zaniedbaliśmy „pokolenia Jana Pawła II”? Tych młodych ludzi, którzy potraktowali go jak ojca i przewodnika?

Tylko kto jest pokoleniem Jana Pawła II? Jeżeli to odnosimy do młodzieży, to do jakiej? Przecież to jest pokolenie, które wzrastało wraz z pontyfikatem zawierając wtedy małżeństwa i budując rodziny, to także pokolenie księży, pokolenie Twoje, które przeżyło ten pontyfikat w sposób pogłębiony, świadomy.
          Osobiście czuję się urażony, kiedy ktoś mówi, że „pokolenie jp2” to pokolenie młodzieży…

Byłej młodzieży…

…ja także czuję się pokoleniem Jana Pawła II!
          Zasadnicze pytanie leży gdzie indziej: jak zbliżyć dzisiejszą młodzież do pontyfikatu Jana Pawła II, jak pokazywać nie tylko kremówki, ale dotknąć istoty nauczania? Wreszcie, jak urzeczywistnić to, co myśmy przeżywali? A przecież sami też wszystkiego nie wykorzystaliśmy – wiele zmarnowaliśmy.

Kiedy powstała Krajowa Rada Katolików Świeckich pojawił się pomysł na rodzaj praktycznego instytutu apostolstwa świeckich gromadzącego doświadczenia. Wówczas się nie udało. Ale myślę, że taki ośrodek jest bardzo potrzebny – jeden centralny czy może różne diecezjalne, ale żeby funkcjonował.

Trzeba się tym zająć w różnych miastach. Są też instytucje podobnie działające. Na przykład: w Warszawie świetnie funkcjonuje Centrum Myśli Jana Pawła II, które inicjuje szereg bardzo ciekawych i ważnych projektów.
          Patrzę z wielkim zainteresowaniem na Muzeum Powstania Warszawskiego. Młodzież, która tam trafi, może odkryć bardzo wiele dzięki tak interesującemu i pouczającemu sposobowi pokazania historii.
          Mam nadzieję, że pontyfikat Jana Pawła II i dzieło księdza prymasa Wyszyńskiego uda się też przybliżać ludziom w świątyni Opatrzności Bożej, gdzie wiele pomieszczeń przeznaczyliśmy na działalność kulturalną. Chcę, żeby Papież do tych młodych ludzi mówił, żeby mogli „dotknąć” jego pontyfikatu. Dokumenty multimedialne mogą służyć jeszcze przez wiele dziesiątków lat. Oczekując kanonizacji, trzeba się do niej przygotować: wejść w głąb pontyfikatu. Najpierw pokazać Jana Pawła II antropologicznie a potem teologicznie.

Ostatnie pytanie: jakie jest miejsce nowych ruchów w parafii?

Parafia powinna być zwornikiem rozmaitych ruchów. Jeśli nim nie jest, to nawet mocne grupy słabną i grozi im marginalizacja czy wewnętrzny rozkład. Parafia musi być eklezjalnym zwornikiem. Prawdziwe gromadzenie się w parafii musi być realizowane wokół Chrystusa. Wokół tabernakulum, sakramentu, podczas Eucharystii.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

P.S. Z Księdzem Arcybiskupem znamy się i współpracujemy od wielu lat. Uznał, że powinniśmy być naturalni i mówić sobie po imieniu także w kontekście publicznym.

Numer konta / Bank account: PL 41 1240 4533 1111 0000 5434 1522 (Pekao SA)
Adres / Address: ul. Kosciuszki 37 30-105 Kraków
tel. (12) 61 99 538 fax (12) 61 99 502
e-mail
Partnerzy projektu: