Wstęp Nowoczesna parafia Komentarze Diagnozy Refleksje Relacje Polecamy
NOWOCZESNA PARAFIA

Ksiądz musi być z ludźmi - ks. Witold Świąder 






Jeśli udało się zaprosić rodziców do domu rekolekcyjnego na wiele godzin, to otwierali się na Boże sprawy, niektórzy szli do spowiedzi po wielu latach. Przy tej okazji zawsze okazywało się, że trzeba troską objąć szerszy krąg ludzi. Szliśmy więc z pomocą i robiliśmy to razem, ksiądz nie był sam. To były doświadczenia z dorosłymi. Osobny, piękny rozdział, to praca z młodzieżą, praca która trwała w moim przypadku łącznie kilkadziesiąt lat - swoimi doświadczeniami z pracy duszpasterskiej i refleksjami po lekturze "Nowoczesnej parafii" dzieli się ks. Witold Świąder w rozmowie ze Stefanem Wilkanowiczem.

Stefan Wilkanowicz: Niedzielne kazania nie dają możliwości formowania dorosłych chrześcijan z kilku powodów. Czy Ksiądz ma jakieś pozytywne doświadczenia w tej dziedzinie?

Ks. Witold Świąder: Niedzielne homilie - z konieczności kierowane „do wszystkich i o wszystkim” - mogą jednak mieć wartość, jeśli są związane z życiem konkretnych ludzi. Ale wymaga to poznania tego, czym parafianie żyją. Żeby to poznać, duszpasterz szuka z nimi kontaktu. Różne mogą być tego formy, na przykład wspólna praca przy budowie kościoła czy jego odnowie. Jeśli uda się zaangażować ludzi w jakąś wspólną pracę, duszpasterz ma wtedy okazję, aby się dowiedzieć, jakie ci ludzie mają potrzeby, czym żyją. Z moich doświadczeń wynika, że zwłaszcza w małych parafiach ludzie nieraz tęsknią za tą pracą, chętnie włączają się w remont kościoła lub jakieś prace porządkowe. To najlepsza okazja do nawiązywania życzliwych kontaktów. Dla odpoczynku siadywaliśmy przy prowizorycznym stole, pili herbatę, jedli ciastka, no i oczywiście rozmawiali.

Dużo zależy od tego, jak ksiądz poprowadzi rozmowę. Można się wówczas wiele dowiedzieć o potrzebach ludzi, a wtedy kazanie czy homilia będą trafiać do słuchaczy. Czasem przy takim spotkaniu można było wprost zapytać o ich problemy i życzenia. Ludzie się powolutku rozgrzewali i zaczynali mówić. Bez takich spotkań byłoby trudno. Ale w klimacie wspólnej pracy dzielenie się myślami i troskami stawało się naturalne. W kilku parafiach to się udawało, ale nie wszędzie – mamy bardzo rożne środowiska w diecezji.

W mojej pracy sprawdzały się spotkania poza liturgią. To się u mnie nazywało kręgiem biblijnym. Rożne były jego formy, najczęściej gromadziliśmy się na plebanii – kilkanaście lub więcej osób – czytaliśmy wspólnie teksty liturgii słowa na najbliższą niedzielę (spotkanie najczęściej odbywało się w czwartek lub piątek) i wspólnie przygotowywaliśmy niedzielne kazanie. Pytałem, co mam powiedzieć im – i sobie. Szukaliśmy więc razem. I rzeczywiście w wielu wypadkach podpowiadali mi konkretne sprawy, a potem byli dumni: ksiądz powiedział to, co ja zauważyłem, albo co tamta pani powiedziała… To było bardzo dobre doświadczenie i rzeczywiście te kazania zaczęły trafiać do ludzi. Na spotkania przychodziło kilkanaście osób, ale przynosili problemy tysięcy parafian.

Przy okazji uwaga: nie sprawdzały się kazania polityczne… Ja ich nie lubiłem i nigdy nie zajmowałem się polityką na ambonie. Przestrzegałem też wikarego: zasady podawać trzeba, ale broń Boże żebyś mówił, że ta opcja polityczna ci odpowiada; my mamy tylko przypominać zasady. Zdarzyło się - i raz powiedział jakąś polityczną uwagę. W kościele jakby jakiś wąż przeleciał i natychmiast reakcja negatywna. Nie można powiedzieć, żeby ci ludzie nie byli wrażliwi na sprawy społeczne, ale potrzebowali zasad, a nie konkretnych opcji politycznych. Jestem przekonany, że duszpasterz ma przywoływać wszystkich, którzy dla wspólnego dobra coś robią, nawet jeśli tylko kawałek drogi pójdą z nami. I to dobrze, że ten kawałek idziemy wspólnie.

Konkretny przykład: gdy w kraju zawitała wolność, do kościoła zaczęli przychodzić ludzie, którzy dawniej w nim nie bywali, może z politycznych powodów, z przekonań, ze strachu. Momentalnie zaczęto niektórych wytykać palcami: „O, przyszedł, a przedtem to, co…” Natychmiast powiedziałem: „Moi drodzy, ucieszmy się każdym przychodzącym do kościoła. Bardzo was proszę, w kościele nie wracajmy do przeszłości, ucieszmy się, że przyszedł. Dziś nie ma obaw, że przychodzi w złych intencjach. A jeżeli ty mu okażesz niechęć, to on nie przyjdzie już nigdy więcej. Stracimy człowieka”. I to się udało, w jednym czy drugim środowisku ludzie zareagowali poprawnie na „nowoprzybyłych”.

Jak można w parafii budować wspólnotę?

Kręgi biblijne też takiej budowie służyły. To nie były towarzystwa wzajemnej adoracji. Co niedzielę ogłaszałem z ambony, kiedy będzie zebranie kręgu i przypominałem, że jest on zawsze otwarty dla gości. Każdy, kto chce przyjść raz czy więcej razy, jest zaproszony. Różnie bywało z frekwencją, ale nikt nie mógł nam zarzucić, że to zamknięta grupa, czy może nawet sekta. Na spotkaniach pojawiały się różne problemy. Wtedy dowiadywałem się, czym ci ludzie żyją, zastanawialiśmy się, co możemy razem zrobić w tej czy innej dziedzinie. Ujawniało się, komu i jak pomagać. Bez takich rozmów nigdy bym się o nich nie dowiedział.

Ważne jest także chodzenie po kolędzie. Różnie to wypada w różnych środowiskach – najgorzej, gdy ksiądz musi się spieszyć. Ale jeśli tak sobie te wizyty rozłoży, że może rzeczywiście porozmawiać z ludźmi, to efekt może okazać się bardzo ważny. Kiedyś udało mi się na przykład pogodzić całą rodzinę i przekonać do spowiedzi. Nie wolno się spieszyć, a nawet gdy się musi, to nie wolno tego okazywać… Raz przygotowałem te wizyty w szczególny sposób - uprzednio prosząc wszystkich, aby nie mówili o tym, co ich boli – bo po kilku latach już te bóle znam – ale aby opowiadali o jakimś dobru, które przeżyli czy napotkali, którym się mogą podzielić. Ja nie będę o to pytał w każdym domu, tylko dziś mówię z ambony, a potem będę pilnie słuchał. Jak to przebiegło? Tylko w dwóch rodzinach usłyszałem o jakimś dobru. Jedną z nich znałem bardzo dobrze i wiedziałem, że spotkało ją w ubiegłym roku bardzo wiele przykrości, ale jednak mówili o dobru. Byłem zauroczony tymi ludźmi, wzruszony, że umieli to dobro odnaleźć.

Życie religijne udaje się pogłębić u tych, którzy są zainteresowani przeżyciami religijnymi swoich dzieci. Myślę o grupach pierwszokomunijnych. Rodzice są najbardziej chętni do wspólnej pracy. Przez wiele lat zapraszałem co miesiąc na spotkania rodziców i dzieci. Ale chodziło mi głównie o rodziców. Przychodzili na plebanię albo do sali katechetycznej, gdzie był duży stół, który stawał się ołtarzem i przy tym ołtarzu rodzice uczyli się jeszcze raz Mszy świętej. To była Msza święta wokół stołu, oni uczyli się jak ją przeżywać i widać było, że faktycznie, przeżywają ją coraz głębiej. Rozumieją, że ten stół to jest wieczerza z Panem Jezusem, że do takiego stołu zapraszamy dzieci i je przygotowujemy. Rodzice pomagali księdzu, a potem już było tak, że to ksiądz pomagał rodzicom, oni przejmowali główną troskę o przygotowanie dzieci.

Taka też była pierwsza Komunia dzieci - przy tym stole, który stawał się ołtarzem. Dzieci siedziały kręgiem wokół tego ołtarza, a w drugim rzędzie niektórzy członkowie ich rodzin ze świecami. Rodzice przeżywali to spotkanie z Panem Jezusem podobnie jak Apostołowie w czasie ostatniej wieczerzy. Dzieci przyjęły to bardzo pięknie i głęboko. Miały zresztą przy tym stole różne funkcje, nikt nie był pominięty. Wszyscy byli ważni, wiedzieli, że to jest wspólna sprawa. Pewien chłopiec powiedział mi potem: „Ja po Komunii świętej poczułem, że moje serce głośniej bije”.

Jeśli się ponadto udało zaprosić tych rodziców do domu rekolekcyjnego na wiele godzin, to otwierali się na Boże sprawy, niektórzy szli do spowiedzi po wielu latach. Przy tej okazji zawsze okazywało się, że trzeba troską objąć szerszy krąg ludzi. Szliśmy więc z pomocą i robiliśmy to razem, ksiądz nie był sam. To były doświadczenia z dorosłymi. Osobny, piękny rozdział, to praca z młodzieżą, która trwała w moim przypadku łącznie kilkadziesiąt lat.

Jakie były metody tej pracy?

Katechezy prowadziłem w salkach katechetycznych, przychodzili więc ci, którzy chcieli, a więc mieli motywację. Oczywiście byli wśród nich także mniej zaangażowani w Boże sprawy. Starałem się robić takie katechezy, jakich oni chcieli. Miałem oczywiście program przysłany z kurii biskupiej, ale moi katechetyczni przełożeni nie mieli szablonowej metalności, pozwalali na swobodę. Szedłem więc za problemami młodzieży, za tematami, które były im potrzebne. Dlatego katechezy się udawały. Kiedyś w klasie maturalnej ciężko zachorował jeden z uczniów. Odwiedziliśmy go w szpitalu, sytuacja była beznadziejna. Po tych odwiedzinach, w czasie katechezy, zadają mi pytania: „Czy to kara Boża? Dlaczego taki los? To przecież niesprawiedliwe…Czy Pan Bóg jest dobry?” I tak dalej. A ja siadłem na stole jakby na katedrze i zamyśliłem się razem z nimi nad tymi pytaniami. Potem powiedziałem: „Nie tylko nie odpowiem na żadne pytanie, ale nawet dorzucę więcej”. I podałem jeszcze inne pytania, na które nie mam odpowiedzi. To była chyba najlepsza katecheza. Przy tej okazji przeczytaliśmy Hioba, byliśmy przecież do niego podobni, nie potrafiliśmy odpowiedzieć na niektóre pytania. To pokazuje, że obecność katechety wśród młodzieży daje rezultaty wtedy, gdy on nie mówi ex cathedra, gdy on jest z nimi i razem z nimi szuka Pana Boga. Tak jak oni mają pytania i on ma też pytania oraz wątpliwości. Oczywiście ma pewien autorytet, więcej wie, i to ma znaczenie. Uczniowie byli wdzięczni, że ksiądz nie uprawiał łopatologii, był wrażliwy i też szukał, że nie wszystko mu się zgadzało, że czuł rozmiary niewiedzy. Ważne było to, że mogli stawiać problemy. Zarzucali mnie problemami. Zresztą byłem niewiele od nich starszy, łatwiej było się zaprzyjaźnić. I przygotować do spowiedzi. Jeden z nich powiedział mi: „Proszę księdza, mam grzechy ze wszystkich książeczek do nabożeństwa…” I rzeczywiście na to wyglądało. Przyszedł do mnie do spowiedzi „po znajomości” - odczułem to jako wielki znak zaufania.

Ogólnie biorąc sukcesy były wtedy, gdy się ten przyjazny kontakt nawiązał. Po zwykłych godzinach katechetycznych zazwyczaj pytałem, czy ktoś nie chce przyjść na dodatkowe spotkanie do mnie na plebanię. Podawałem dzień i godzinę, mówiłem, że poczytamy sobie kawałek Pisma Świętego i będziemy zastanawiali się, co on dla nas znaczy. Przychodzili uczniowie z różnych klas i tworzyła się grupa, która była dla mojej pracy duszpasterskiej najważniejsza, bo z nimi się pogłębiało wiele problemów. Trochę się sami dobierali, trochę ja dobierałem. A ukoronowaniem tej rocznej pracy był wspólny wyjazd na obóz w Bieszczadach. Byliśmy dziesięć dni razem i działy się tam nieraz wspaniałe rzeczy. Te obozy miały oczywiście wielowymiarowy charakter – i turystyka i piosenka i rozmowy… W tym klimacie bardzo się przeżywało Mszę świętą, wchodziliśmy głęboko w Słowo Boże, które nas kształtowało. Codziennie był krąg biblijny, pieśni, rozmowy…Jeden z moich uczniów, już kleryk, powiedział mi : „szefie, w seminarium mamy znakomite warunki aby liturgię eucharystyczną przeżywać głęboko, ale ja nigdy jej tak głęboko nie przeżyłem jak na bieszczadzkich obozach…” To była wielka nagroda.

A w jaki sposób docierać do ogółu? W moim tekście o nowoczesnej parafii jest zawarta propozycja, aby każdy słuchacz kazania mógł przekazać karteczkę z pytaniem czy refleksją.

Nigdy tego nie praktykowałem, ale po przeczytaniu tej propozycji pomyślałem, że to trochę ryzykowne, chociaż zaraz się uspokoiłem. Oczywiście dobrze, że to pytania anonimowe, chociaż wtedy jest ryzyko, że będą pisali głupoty. Ale szybko zauważyłem, że przecież nie muszę każdego pytania publicznie czytać, mogę je ogólnie omówić. Nie omijać, ale nie koniecznie cytować. Ale tu trochę teoretyzuję, bo takich doświadczeń nie mam. Generalnie biorąc wydaje mi się to dobrą metodą, można podejmować problemy ludzi i omawiać po Mszy lub – co bym wolał – włączać je w homilię, bo wtedy słuchają wszyscy. Poprzez takie pytania homilie byłyby żywsze i lepiej docierały do ludzi.

Co Ksiądz myśli o propozycji, aby nagrywać kazania i wprowadzać je niezwłocznie do internetu? Stosuje to o. Jan Andrzej Kłoczowski u dominikanow w Krakowie.

Myślę, że jest to dobra propozycja, aby siebie samego sprawdzać, poprawiać swoje wady. A poza tym są przecież chorzy, wielu z nich tą drogą będzie mogło słuchać kazań. A także listów pasterskich, które zresztą powinny być łatwo dostępne w druku. Tu słowo o Radiu Maryja. Powstrzymuję się od jego oceny, nie tu na to miejsce, na jedno tylko zwracam uwagę: chorzy mogą się wspólnie modlić, jest to dla nich ważne. Wracając do pytania powtarzam, że ten pomysł popieram, to jest pożyteczne - i dla mówiącego, i dla tych, do których jego słowa dotrą.

Jest tu jeszcze jedna wartość – można będzie znaleźć w internecie odpowiedniego kaznodzieję czy temat, który właśnie kogoś nurtuje. Jeszcze jedna sprawa, która leży mi na sercu – możliwość usłyszenia refleksji i świadectw świeckich, świadectw odnoszących się do tekstów Pisma Świętego. Prób odniesienia tego tekstu do swojej konkretnej sytuacji. Gdyby na przykład po Mszy świętej puścić przez głośniki taką paro- czy kilkuminutową refleksję?

To byłoby piękne. Normalnie wypowiedzi te powinny być anonimowe. Ale gdyby ktoś się odważył i podszedł do mikrofonu, a był znany czy miał jakiś autorytet, to byłoby bardzo dobrze. Tu mi się przypomina, że kiedyś zaprosiłem księdza profesora Andrzeja Zuberbiera, aby wygłosił rekolekcje w mojej ówczesnej parafii. Powiedział, że nigdy rekolekcji nie prowadzi, jest tylko profesorem, ale przez przyjaźń nie może odmówić. Postawił warunek – że będzie miał pomocnika, będą mówić we dwóch. A ten pomocnik to nie będzie ksiądz tylko pan Krzysztof Śliwiński, profesor, który był w Afryce, a potem został ambasadorem w paru krajach afrykańskich. Ja go wtedy jeszcze nie znałem, ale oczywiście zgodziłem się. I cóż się okazało – ludziom bardziej się podobały wypowiedzi pana Krzysztofa niż księdza profesora…Bo pan ambasador mówił „z środka życia”. Po kilku latach, kiedy przyjechał się leczyć w pobliskim sanatorium, poprosiłem go znowu o wystąpienie w kościele po Mszy świętej. Mówił niezwykle interesująco i głęboko o problemach Kościoła w Afryce. Miałem też inne doświadczenia ze świeckimi, których zapraszałem do wypowiadania się. Wypadało to oczywiście różnie. Ale nagrane i odtwarzane wypowiedzi uważam za bardzo dobry pomysł.

A czy udawało się Księdzu tworzyć na szerszą skalę jakąś lokalną więź społeczną?

Tu mam smutniejsze doświadczenia. Poza pojedynczymi grupami niezbyt się to udawało… nie udawało się tak rozgrzać środowiska, żeby się ta więź wyraźnie ujawniała. Ale bywają rzeczy, których się nie widzi. Wyczuwa się nieraz, że klimat się poprawia, że coś się zaczyna dziać, ale było to raczej wyczucie niż widoczne fakty. Zatem moje doświadczenia nie są tu dobre.

Jak to wygląda w diecezji? Jakie działają grupy, co robią?

Mój dekanat, dekanat nowokorczyński jest jednym z biedniejszych w diecezji, mamy rozmaite kłopoty, mniej się udaje niż w dużych czy zamożnych środowiskach. Działają tu głównie grupy tradycyjne, jak na przykład kółka różańcowe. Niektórzy księża umieją stare formy natchnąć nowym duchem. Tych kółek jest sporo, napotkałem nawet na kółko różańcowe mężczyzn, co jest rzadkością. Jeśli duszpasterz dyskretnie pomaga, to rezultaty bywają dobre. Były próby odrodzenia Akcji Katolickiej, ale niezbyt udane – nieliczne osoby się zaangażowały. Lepiej się udaje z młodzieżą, mamy różne wspólnoty. Z dorosłymi w naszym dekanacie jest trudniej. Poza paroma kręgami biblijnymi można wymienić orkiestrę czy chór – formy tradycyjne, które dobrze pracują, zwłaszcza jeśli duszpasterz faktycznie pomaga. Nowe ruchy niezbyt się przyjmują.



ks. Witold Świąder
były proboszcz kilku parafii, dziekan, ojciec duchowny dekanatu nowokorczyńskiego, kierownik ośrodka rekolekcyjnego.


Numer konta / Bank account: PL 41 1240 4533 1111 0000 5434 1522 (Pekao SA)
Adres / Address: ul. Kosciuszki 37 30-105 Kraków
tel. (12) 61 99 538 fax (12) 61 99 502
e-mail
Partnerzy projektu: