Wstęp Nowoczesna parafia Komentarze Diagnozy Refleksje Relacje Polecamy
NOWOCZESNA PARAFIA

Daleko? 






Zbliża się wieczór. Niedziela. Pewnie jak zwykle pójdę na popularną Mszę akademicką. Sympatyczna atmosfera, charakterystyczna – długa, ale ciekawa – liturgia, w której przygotowanie włączają się członkowie duszpasterstwa, schola. I zawsze garść propozycji, co ciekawego zrobić w nadchodzącym tygodniu. Na Mszy – tłum ludzi. Naprawdę, tłum. A wszyscy świetnie się… bawią.

Duszpasterze sypią żartami jak z rękawa; podczas kazania, czy modlitwy wiernych. Ogłoszenia duszpasterskie zapowiadane przez członków poszczególnych grup czasem przeradzają się w kabaret. Po Mszy, śpiew. Minie nawet kilkanaście minut nim będzie się dało spokojnie wyjść. Na ulicy, po tej godzinie z okładem, zadaję sobie pytanie: ale czego się dzisiaj właściwie dowiedziałem? O czym było kazanie – nie pamiętam. A Ewangelia? Czarna dziura. Za to na pewno w pamięci wyniosłem anegdotę czy dowcip. Będzie co opowiadać dalej. Bo przecież Słowo Boże jest wieczne, z łatwością znajdzie się w Piśmie, a dobre żarty niestety ulatują z pamięci…

Więc zbliża się niedzielny wieczór. Do Mszy akademickiej zostało pół godziny, akurat żeby dojechać. Ale kiedy znów pomyślę, o tym przedstawieniu pod tytułem „Ależ jesteśmy fajni!”, mówię: nie tym razem. Sprawdzam, gdzie mogę jeszcze dzisiaj pójść na Mszę. Znalazłem, warto spróbować. I tak mi zostało. Już ponad dwa lata. Dlaczego? Wszedłem w ostatniej chwili. Dużo ludzi, ale nie ponad możliwości miejsca. Cisza. Ta cisza, którą się słyszy. Dosiadam się do ławki: ludzie uprzejmie się przesuwają, uśmiechają, a nawet na mnie patrzą (co nie jest oczywiste nawet w kościele, gdzie często jestem konkurentem do uszczuplenia ławkowego rewiru tego czy owego „katolika-lepszego”). Rozpoczyna się Msza. Jest spokojnie, spokojnie – spokojnie. Eucharystia. Muzyk z gitarą zaczyna dźwiękami wypełniać powietrze dopiero, gdy wszyscy przyjmą komunię a ksiądz zamknie tabernakulum. Koniec Mszy. Śpiew. Ludzie wciąż na swoich miejscach. Dopiero, kiedy kończy się muzyka, rozchodzą się.

Nie opowiadam po to, żeby oceniać. Każdy odnajduje się w innej atmosferze. W różnym czasie potrzebuje odmiennej wspólnoty, inaczej funkcjonującej. Dawniej odnalazłem się na Mszy akademickiej, teraz na innej. Chwała Bogu, że jest wybór!

Bo dziś jestem tu, jutro pewnie gdzie indziej. Może za kolejne kilka lat odejdę stąd, jak odszedłem wcześniej? Żadna formalna więź między tym kościołem a mną nie istnieje. Nawet teraz często zdarza się, że nie mogę tam być co niedzielę. Wtedy mi żal. Szczególnie, jeśli w efekcie trafię na Mszę, w której przeżywanie jest mi się ciężko włączyć – czasem, z której aż ma się ochotę wyjść podczas kazania. Ale właśnie wtedy tym jaśniej uświadamiam sobie, że moja obecność nie jest znakiem poparcia dla księdza, ale jest spotkaniem. A spotkania są różne. Nawet z Przyjacielem – bywa, że się po prostu nie udają, za dużo wokół się dzieje, słowa ciężkie, milczenie jeszcze trudniejsze. Tylko, jak z sytuacji wybrnąć, żeby też nie stać się kolejnym znakiem dla legitymizacji wariactwa anty-ewngelicznego księdza (bo jest taki odrębny gatunek!)? Między innymi w tym punkcie kłania się propozycja Stefana Wilkanowicza: umożliwienie kontaktu, czasami wręcz anonimowego, z księdzem. Ale i normalnego. Najpierw uświadomienie, że jest potrzebny, potem umożliwienie i wreszcie wprowadzenie.

Dlatego poznałem księdza, na Msze przez którego odprawiane zazwyczaj chodzę. Wiem, że to Eucharystia stworzyła między nami więź. Nie przydział administracyjny. A więź zobowiązuje, uświadamia, że nie jesteśmy sami wobec naszej wiary – ani siedząc w ławce (choć niektórzy zdają się patrzeć nie dalej niż czubek własnego nosa, tylko kogo oni wtedy widzą? Jestem pewien, że Bóg nie przysłania drugiego człowieka…). Ksiądz, jak w innym tekście tłumaczy Stefan Wilkanowicz, jest w niezwykle trudnej sytuacji. Tutaj zwrócę uwagę tylko na jedno. To, o czym zazwyczaj nie myślimy, samotność. Ksiądz to człowiek w ludzkim rozumieniu samotny. Kto z nim porozmawia o Mszy, czyli o tym, co najważniejsze…?

Dobrze, znalazłem „swoją” parafię. Wybrałem ją ze względu na sposób sprawowania Eucharystii i sposób uczestnictwa wiernych we Mszy. Nie wszedłem we wspólnotę, ale też nie jestem jak dziwna, obca zjawa.

Pewnie jest oczywiste, że nie tworzę w oparciu o „swoją” parafię żadnej realnej wspólnoty. Najprościej będzie mi się wytłumaczyć tym, co faktycznie dotyczy wielu osób: nie mam na to czasu. Ale żeby wypowiedź była pełna: nie mam też ochoty. Być może właśnie w tym punkcie ciąży mi przerost wolności wyboru i indywidualizmu? Nie mam ochoty, ponieważ z wyboru wolę swoją „wspólnotę wiary”; mam przywilej posiadania przyjaciół, a czasem spotykania osób niezwykłych, z którymi choćby w rozmowie mogę jakoś pogłębiać swoją wiarę. Nie mam ochoty, ponieważ ciągle jeszcze wychodzę z krzywej perspektywy, która skupia się na indywidualnym wymiarze wiary; dziś coraz bardziej widzę, jak ważna jest faktyczna wspólnota wiary (dzięki punktowi pierwszemu) między ludźmi. W końcu nie samemu sobie żyję…

Jeżeli nie wszedłem w życie parafii, jeżeli robię, jak robię, a nie otwieram się na żadną wspólnotę, czy tkwię w miejscu? Wiara nie ma uświęcać mnie, ale poprzez mnie puszczać dobro dalej w obieg świata. Parafia, jak rozumiem, ma być na wzór systemu naczyń połączonych dla przepływu Ewangelii w praktyce. Bo w parafii są wszyscy ci, o których Jezus mówił w Kazaniu na Górze.

Czy tak naprawdę wszystko to, co opisałem, nie komplikuje mi życia bardziej niż aktywne życie we własnej parafii? Nie wiem, może.

Pewnie tak, jak wszyscy chciałbym przyjść „na gotowe” (najlepiej „gotowe” według propozycji Wilkanowicza). Usprawiedliwić swój brak zaangażowania zniechęceniem. Tylko po co? Zupełnie się zgadzam, że parafia to dzisiaj wyzwanie. Na razie będę ją budować tak, jak rozumiem ją najlepiej.

Tomasz Ponikło



Numer konta / Bank account: PL 41 1240 4533 1111 0000 5434 1522 (Pekao SA)
Adres / Address: ul. Kosciuszki 37 30-105 Kraków
tel. (12) 61 99 538 fax (12) 61 99 502
e-mail
Organizator: Fundator: Donator: