Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Przegląd prasy »

Morasha - znaczy dziedzictwo

Rzeczpospolita


11-12-2007 / AP

Dla Piotra Kowalika, wicedyrektora warszawskiej szkoły prowadzonej przez Fundację Laudera, jej istnienie jest „świadectwem tego, że Hitler przegrał”.


Dla Piotra Kowalika, wicedyrektora warszawskiej szkoły prowadzonej przez Fundację Laudera, jej istnienie jest „świadectwem tego, że Hitler przegrał”.

„To pewien symbol: nasza szkoła mieści się w budynku, który ma swoją żydowską historię, przed wojną był w niej dom starców dla inteligencji założony przez gminę żydowską” – podkreśla Kowalik. Natomiast dla autorki artykułu istotny jest aspekt bezpieczeństwa: do szkoły można wejść tylko po uprzednim wylegitymowaniu się, bramkę otwiera ochroniarz, a przed szkoła stoi radiowóz.

Nie ma statystyk, które mówiłyby, jaki jest procent żydowskich uczniów w tej szkole. Wiadomo, że chodzi do niej wiele dzieci z chrześcijańskich, katolickich rodzin, ale także posyłają tam swoje dzieci te osoby, które nie chcą np. by przystąpiły one do pierwszej komunii, ale by zarazem nie czuły się wyobcowane . Autorka artykułu sugeruje, że statystyk nie ma, by nie okazało się, że przewodniczący WJC, znany filantrop Ronald Lauder, „dopłaca” także do ich edukacji.

Okres świąteczny ze swoją silną i wszechobecną symboliką stanowi wyzwanie dla wspólnoty szkolnej. Św. Mikołaj nie wydaje się oczywistym patronem święta w żydowskiej szkole. Jednak znaczna część rodziców gotowa jest iść na barykady, by walczyć w obronie tradycji, którą szkole trudno zaakceptować. Symbolem zmagań i dylematów, przed jakimi staje szkoła, jest choinka. Linie podziału w tej walce przebiegają czasem zaskakująco.– Bardzo po stronie choinki zaangażowali się niektórzy Żydzi, którzy uważają, że skoro żyją w Polsce i są zasymilowani, to mają prawo do przestrzegania polskiej świątecznej tradycji. Mogą być nawet zdecydowanymi ateistami, ale “odbieranie” ich dzieciom choinki uważają za przejaw mentalności getta – tłumaczy jeden z rodziców. – Ale kiedy żądano tej choinki bardzo kategorycznie, wstała jedna z matek, w typie Polka katoliczka i powiedziała: w końcu posłaliście państwo dzieci do żydowskiej szkoły, nie wiedzieliście o tym?

Życie w szkole toczy się zgodnie z kalendarzem żydowskim. – Już w piątek rano zaczynamy “czasy szabatowe”. Przygotowujemy się do szabatu, ale jest to też czas integracji. Podsumowujemy tydzień, uczniowie mają swoje prezentacje, odbywają się wspólne śpiewy i zabawy – opowiada Piotr Kowalik. – Wiele świąt rodzice i dzieci obchodzą w naszej szkole wspólnie, sprzyja to budowaniu rodzinnej atmosfery.
W szkole jest koszerna stołówka, można jednak przynosić jedzenie z domu.

Początek dało tej inicjatywie przedszkole, które powstało w mieszkaniu Konstantego Gebert w 1989 r. Wtedy jeszcze, jak mówi Gebert, wielu rodziców bało się reakcji społeczeństwa i władz na jawną manifestacje żydowskiego pochodzenia. Starsze pokolenie, przywiązane do idei asymilacji, bywało też przeciwne takiej szkole.

Jednak dla wielu rodziców, nawet jeśli nie są religijni, posłanie dziecka do żydowskiej szkoły jest sposobem na ominięcie konfrontacji z nieprzyjaznym otoczeniem, która często naznaczyła ich własne dzieciństwo. Mikołaj Grynberg, fotografik, choć deklaruje, że szkoła ta była dla jego dzieci wygodna ze względów logistycznych, chciał też, żeby uniknęły one takich komentarzy, jakich sam musiał wysłuchiwać w latach 70-tych, gdy był uczniem.

Maja Narbutt pisze: Kiedy rozmawia się z żydowskimi rodzicami posyłającymi dzieci do szkoły Ronalda Laudera, wątek antysemityzmu pojawią się bardzo szybko. Bez dramatyzowania, najczęściej z podkreśleniem, że nie jest tak źle, wszystko jest przecież względne – jeśli zdarzy się na przykład, że ktoś w warszawskim tramwaju będzie niemiły dla Żyda w kipie, to wiadomo, że znajdzie się też ktoś, kto weźmie go w obronę.
Swoją żydowskość pokolenie rodziców przeżywało do pewnego momentu jako indywidualne doświadczenie, naznaczone samotnością wśród rówieśników. Ich dzieci, które przeszły przez szkolę Laudera lub choćby żydowskie przedszkole, zaczynają czuć siłę, płynącą z uczestnictwa w grupie. Dużo wskazuje jednak na to, że dla wielu rodzin żydowskich lub o korzeniach żydowskich ich pochodzenie jest nadal źródłem rozterek.

Dla wielu rodziców istnienie tej szkoły jest też szansą poznania kultury i tradycji żydowskiej. I to zarówno dla tych, którzy mają żydowskie korzenie, jak i dla „czysto” polskich rodzin. Jedna z matek opowiada, jakim odkryciem jest to, z czym wraca ze szkoły jej syn i jak to wzbogaca całą rodzinę.

W każdej kilkunastoosobowej klasie jest dwóch, trzech chłopców w kipie na głowie. Pochodzą z ortodoksyjnych rodzin i tak naprawdę szkoła nie może nauczyć ich wiele, jeśli chodzi o religię czy kulturę judaistyczną. Dla reszty dzieci, nawet z rodzin o korzeniach żydowskich, otwiera się dość nieznany im świat – Morasha, która jest w nazwie szkoły, oznacza właśnie dziedzictwo – pisze autorka artykułu.
– Dużo rodzin żydowskich jest bardzo dalekich od judaizmu. Jeśli jakieś dziecko pochodzi z rodziny ortodoksyjnej, rówieśnicy oczywiście traktują to naturalnie – opowiada jeden z ojców, który posłał syna najpierw do Laudera, a potem do liceum na Bednarską. – Jednak wobec gwałtownych konwersji są sceptyczni. Zdarza się, że ktoś przeżywa ostentacyjne nawrócenie w wieku przedmaturalnym, okazuje się, że jest obrzezany i nie rozstaje się z Torą. Wszyscy uważają wtedy, że celuje w jakieś amerykańskie stypendium.

Oprócz podstaw judaizmu dzieci w szkole Laudera Morasha uczą się też hebrajskiego. Początkowo z zapałem, potem jednak często odkrywają, że z rówieśnikami z Izraela o wiele łatwiej mogą porozumieć się po angielsku. Często bywa tak, że najbardziej do nauki tego języka przykładają się ci, którzy niewiele mają wspólnego z tradycja żydowską.

Mottem szkoły jest cytat z Talmudu: „Świat podtrzymywany jest oddechem dzieci śpieszących do szkoły”. Jedna z matek w rozmowie z autorka artykułu potwierdza, że do tej szkoły dzieci idą z radością.

Komentarz:
Maja Narbutt opisuje życie i obyczajowość szkoły Ronalda Laudera – Morasha jako pole konfliktu. Już początkowa sugestia artykułu, że statystyk dotyczących pochodzenia uczniów nie ma, by nie drażnić żydowskiego sponsora ilością nie-żydowskich dzieci brzmi dziwnie, kiedy się wyczyta na stronie internetowej szkoły, że czesne wynosi tam 900 zł miesięcznie.

Na tejże stronie można też znaleźć deklarację, iż „uczniowie przyjmowani są do szkoły bez względu na narodowość, rasę czy religię”. Dlaczego więc osobliwością jest dla autorki wyszukiwanie przez rodziców możliwości udziału w katechezie na pobliskiej parafii? Odwoływanie się przez część rodziców do chrześcijańskiej symboliki świąt też tej sytuacji wydaje się oczywiste.

Maja Narbutt wydaje się też być zdziwiona opinią wicedyrektora szkoły, według którego dla wielu osób „ujawnienie swej żydowskości jest ciągle aktem odwagi”, choć cytuje zarazem rodziców, dla których problem antysemityzmu, wcale przez nich nie wyolbrzymiany, jest – jak sama zauważyła – wciąż aktualny. Żądanie jednej z matek, entuzjastycznie nastawionej do szkoły, by nie podawać w tekście żadnych jej danych, nawet imienia jej syna, jest tu nader wymowne. [AP]

Źródło: Maja Narbutt , Chanuka i choinka, „Rzeczpospolita”  nr 287 (7884), 8 - 9 grudnia 2007, str. A22.

do druku

poleć stronę