Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Recenzje »

Gra Janem Karskim

Kazimierz Pawełek


15-01-2010 / SW

We francuskim wydawnictwie Gallimard ukazała się książka, której autorem jest Yannick Haenel, zatytułowana "Jan Karski". Autor określa swoją pracę, składającą się z trzech rozdziałów, jako powieść.


Rok 2000. Profesor Jan Karski i senator Kazimierz Pawelek. Fot: Waldemar Piasecki

Rok 2000. Profesor Jan Karski i senator Kazimierz Pawelek. Fot: Waldemar Piasecki

Z klasycznym utworem tego gatunku ma ona niewiele wspólnego. Jest bowiem kompilacją wiadomości, często nieprawdziwych, zaczerpniętych z różnych źródeł, plus fikcyjne refleksje czy nawet majaczenia autora, który tworzy w swej wyobraźni nowego Jana Karskiego, wtloczonego w prawdziwe i urojone zdarzenia, wymyślone przez samego siebie. Tego typu praca nie jest zatem klasyczną powieścią, jak zmyłkowo pisze autor. Jest to typowa praca z  t e z ą (po francusku: roman à thèse) o schematycznej fabule służącej ilustracji idei autora, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością.

 Brak tego rodzaju czytelnego określenia, najlepiej umieszczonego już na okładce, nie pozwala czytelnikowi na zorientowanie się z jakiego rodzaju pracą ma do czynienia. Wielka to szkoda dla odbiorcy, bowiem u francuskiego autora prawda z fikcją wymieszane są niczym przysłowiowy groch z kapustą i nawet nieźle zorientowanemu czytelnikowi trudno jest odróżnić prawdę historyczną od zmyśleń.

 Przykładem niech będzie zdanie zaczepnięte z ostatniej strony okładki książkowej. Haenel pisze tam tak: "Warszawa, 1942. Polska jest dewastowana przez nazistów i Sowietów". I już w tym zdaniu widoczna jest, jak na dłoni, ignorancja autora wobec ówczesnych faktów politycznych i historycznych. Jak Sowieci mogli dewastować  Polskę skoro ich tam nie było? Nawet tereny zagarnięte przez nich Polsce po 17 września 1939 roku dawno już były w rękach hitlerowskich. Na froncie północnym Sowieci bronili przed Niemcami Leningradu, na południowym Stalingradu, a na środkowym wojska hitlerowskie parły na Moskwę. Gdzie Rzym, gdzie Krym? – chciałoby się zapytać Haenela, który najwyraźniej nie słuchał szkolnych lekcji historii.
Czy tego rodzaju ignorancja pozwala wierzyć dalszym wywodom autora?

 Niefrasobliwość połączona z ignorancją widoczna jest w wielu miejscach książki. Już we wstępie pisząc o książce poświęconej Janowi Karskiemu "Człowiek, który próbował zatrzymać Holocaust" podaje, że jej autorami są: E.Thomas Wood i Stanisław M.Jandowski (!). Oczywiście jest to błąd, bo współautorem dzieła jest znany krakowski historyk, Stanisław M. Jankowski, a nie żaden "Jandowski". Czy dokładne przepisanie z okładki nazwiska jest dla Haenela przedsięwzięciem zbyt trudnym?

 Na stronie 180 polskie realia dalej mu się mylą. Generał Wojciech Jaruzelski mianowany jest przez Yannicka Haenela do stopnia... marszałka. Niefrasobliwość? Głupota? Czy przejaw... szczerego podziwu francuskiego autora dla autora stanu wojennego?

 Podobnych pytań jest wiele. Na stronie 46 książki jest zdanie: "On (Karski) pojechał pociągiem do Radomia, miasta połozonego w zachodniej Polsce". Na stronie 55 czytamy: "Część (aresztowanych) jest wysyłana do obozu koncentracyjnego w Auschwitz, który mieścił się sto kilometrów od stolicy". Nonszalancja czy lenistwo? Rzut oka na mapę Polski wystarczy, aby stwierdzić, że Radom to środek tego kraju, a Oświęcim dzieli od Warszawy ponad trzysta kilometrów. Drobiazgi? Być może, ale tego typu przykłady świadczą nie tylko o niesumienności autora wobec prostych faktów geograficznych i historycznych, ale i samej postaci naszego bohatera narodowego Jana Karskiego.

 W swej książce "Tajne państwo" Jan Karski opisuje wizytę w prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosevelta, jako wielkie przeżycie. Odbył ją 28 lipca 1944 roku w towarzystwie ambasadora RP w Waszyngtonie Jana Ciechanowskiego.

Wizyta trwała nieco ponad 80 minut. Roosevelt był skoncentrowany, konkretny, niewątpliwie zaciekawiony swoim gościem i tym, co raportuje. Zadawał polskiemu emisariuszowi liczne, często zaskakujące, pytania. Miał przed sobą przecież naocznego świadka zagłady Żydów. Także uczestnika Polski Podziemnej, unikalnego zjawiska w skali całej okupowanej Europy. Karski miał przed sobą – jak wielokroć to podkreślał -  najpotężniejszego przywódcę nie tylko Ameryki, ale całego wolnego świata. Był przekonany, że Roosevelt może w s z y s t k o. Chłonął każde jego słowo i gest. Z gabinetu wychodził... tyłem, jak po audiencji u  króla, z czego zresztą śmiał się ambasador Ciechanowski.

Yannick Haenel, wcielający się w postać polskiego bohatera, i "relacjonujący" wizytę w Białym Domu w pierwszej osobie, przedstawia ją jako... koszmar, zdarzenie z krainy absurdu. Jego zdaniem, prócz Roosevelta miały w niej uczestniczyć całe tabuny urzędników, wojskowi, sekretarze, a nawet jakieś kobiety o nieokreślonej proweniencji.

Prezydent był znudzony wizytą, przedstawiane kwestie go nie interesowały, ziewał, nic nie mówił, uciekał wzrokiem. Zamiast na Karskiego wolał patrzeć na... nogi pewnej pani w białej bluzeczce. Wszystko to sprawiało, że kurier czuł się w gabinecie prezydenta USA jak na... Gestapo, gdzie znosił tortury i myślał tylko o tym, jak stamtąd wyjść. Z tego też powodu na Statuę Wolności patrzył z nienawiścią.

Jest to rzewna bzdura. Karski wychodził od Roosevelta w stanie euforycznym, do czego walnie przyczyniły się patetyczne prezydenckie słowa pożegnania: "Powiesz swemu narodowi, że ma w tym domu przyjaciela". Brał je na serio i uważał, że wszystko Polsce... załatwił. Ciechanowski musiał wręcz studzić samozadowolenia Karskiego.

Gdyby Haenel o Karskim więcej czytał, niż zmyślał, nie wkładał by mu w usta na stronie 127 oskarżenia: "Wojna jeszcze nie skończona, a Polska już sprzedana Stalinowi". I nie tylko dlatego, że o Jałcie polski kurier nie mógł wtedy wiedzieć. On wtedy tak po prostu nie myślał. Amerykanom i Anglikom – wierzył.

Nie imputowałby także twierdzenia, które pada z usta książkowego Karskiego, że Amerykanie brali wszystkich Polaków za fanatycznych katolików, co automatycznie czyniło ich antysemitami. Amerykanie, wbrew intencji Haenela, aż takimi idiotami jednak nie byli. Zaprzeczeniem takiego stereotypu była też cała misja Karskiego. Gdyby autor przeczytał coś o Polsce Podziemnej, być może natrafiłby na nazwę "Żegota", polskiej, unikalnej w skali europejskiej, organizacji powołanej w celu ratowania życia Żydów, z zagrożeniem własnego. Karski o tym Amerykanom opowiadał. Trudno uznać, aby uważali to za przejaw antysemityzmu.

Autorowi znad Sekwany coś się dokumentnie plącze. Trudno jednak, aby było inaczej jeśli wysnuwane mysli oparte są na urojeniach, obiegowych plotkach i obsesjach. Chyba, że robi to w pełni świadomie... Jak by nie było, ewidentnie szkodzi wizerunkowi Jana Karskiego, który w dniach swojej wojennej misji był jak najdalej
od oskarżania Ameryki o zdradę i przyrównywania Białego Domu do siedziby Gestapo.

W książce nie brakuje oskarżeń pod adresem Stanów Zjednoczonych i ich struktur rządowych, że nie interesowali się losem mordowanych w Europie Żydów, żeby potem nie mieć ich u siebie. Na stronie 131 Haenel wykłada kawę na ławę: "państwowy antysemityzm anglo-amerykański mógł bezkarnie organizować administracyjna blokadę (sprawy żydowskiej)". Państwowy antysemityzm anglo-amerykański w dodatku zorganizowany i bezkarny? To już wytwór fantazji lub insynuacja. Można by się rewanżując, w tej samej poetyce, dodać, że także przejaw tradycyjnej francuskiej sympatii do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Zmyśleń i snutych urojeń jest w dziele Haenela więcej. Klasycznym przykładem jest dłuższy monolog myślowy ksiązkowego Karskiego obserwujacego, co się dzieje z Żydami w obozie tranzytowym w Izbicy. Otóż widząc "idących na śmierć" mężczyzn, kobiety i dzieci, Karski chce się do nich przyłączyć i umrzeć wraz z nimi. Bzdura.

Po pierwsze, polski emisariusz, w Izbicy nie mógł widzieć idących na śmierć, bo zagłada nie była celem obozu tranzytowego, a jedynie "przeładowywanie" ich z nadchodzących transportów do pociągów towarowych kierowanych do obozu zagłady w Bełżcu. Po drugie, znalazł się w Izbicy (a także wcześniej w getcie warszawskim) nie po to, aby się przyłączać do Żydów i umierać, a po to, aby ich ratować. Mógł to zrobić tylko, jako... żywy, poprzez swoje raporty. Tego oczekiwały od niego zarówno władze Polski Podziemnej, jak i sami Żydzi. Jedyną, rzeczywistą (a nie urojoną) myślą – przebranego w mundur ukraińskiego strażnika – Karskiego w Izbicy było, jak nie zdradzić się kim jest na prawdę i nie wpaść.

Niechby autor dalej snuł swe urojenia, gdyby nie to, że przypisuje je samemu Janowi Karskiemu. Wprawdzie temu zmyślonemu Karskiemu-Haenelowi, niemniej jednak mogących zmylić czytelnika, nie znającego prawdziwego Jana Karskiego, jego intencji oraz działalności wojennej i w latach późniejszych. Szczególnie, gdy chodziło o zwrócenie uwagi świata na zagładę Żydów zgotowaną przez nazistów.

Dla ludzi, którzy znali Profesora Jana Karskiego nad Wisłą i Potomakiem oraz obcowali z nim przez wiele lat, imputowanie Mu przez nieznanego autora znad Sekwany, nieprawdziwych myśli i czynów – jest szczególnie bolesne. Jest to bezkarne bezczeszczenie, już tylko pomnika, jako, że Profesor odszedł z tego świata i sam nie może się bronić. Skoro jednak jesteśmy zwolennikami wolności, w tym wolności słowa, czego także uczył Jan Karski, nie jest intencją tej recenzji zabranianie czy ograniczanie dostępności wynurzeń Yannicka Haenela, a jedynie ostrzeżenie, że jest to książka z gatunku historycznego, politycznego i psychologicznego fiction napisana z bliżej nieznanej motywacji. Jest po prostu grą Janem Karskim.

Jan Karski w swoich archiwach posiadał zasoby sygnowane "Camera obscura". Trafiały tam wypisywane na jego temat paszkwile i kalumnie, a nawet otwarte groźby i zniewagi pod jego adresem. Gromadził je skrzętnie i wytrwale. Sugestie zniszczenia kategorycznie odrzucał. Tam zapewne skierowałby także utwór, o którym wyżej.

Kazimierz Pawełek

Autor jest dziennikarzem i pisarzem. Długoletnim przyjacielem Jana Karskiego, członkiem-założycielem Towarzystwa Jana Karskiego i jego prezesem od chwili powstania w 2003 roku. Senator RP V Kadencji.

do druku

poleć stronę