Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Sylwa »

Prawda i fikcja Operacji Argo


14-01-2013 / AP

 Zdobywca Złotego Globu, film Bena Afflecka opowiada, jak CIA ewakuowała w 1980 r. z Teheranu sześcioro pracowników amerykańskiej ambasady, którzy wymknęli się z oblężonej przez protestujących Irańczyków placówki.


Uciekinierzy z Teheranu podczas spotkania z prezydentem Carterem (w środku). Drugi od prawej – Mark Lijek /fot. Internet

Uciekinierzy z Teheranu podczas spotkania z prezydentem Carterem (w środku). Drugi od prawej – Mark Lijek /fot. Internet

 Uważa się, że Złote Globy są forpocztą Oskarów, zatem należy przyjąć, że o filmie "Operacja Argo", nominowanym w siedmiu kategoriach, będzie jeszcze głośno. Scenariusz opiera się na prawdziwych wydarzeniach. Ile jednak jest w nim fikcji, a ile prawdy?

Gdy Mark Lijek wyjeżdżał do Teheranu na swoją pierwszą placówkę w służbie zagranicznej USA, wiedział już, że nie będzie miał łatwego życia.
- Gdy w 1978 r. poproszono mnie, żebym przyjął to stanowisko, sprawy w Iranie szły bardzo źle – opowiada. – Były tam krwawe demonstracje na ulicach, nie było jasne, czy szach ocaleje. W styczniu abdykował i wyjechał z kraju.

Mark przeszedł sześciomiesięczny kurs farsi i latem 1979 r. udał się wraz z żoną do Teheranu. Cora Lijek nie należała do służby dyplomatycznej, ale i znią podpisano kontrakt, bo było wielkie zapotrzebowanie na osoby znające język farsi. Oboje nie mieli pojęcia, jak szybko znajdą się w nieoczekiwanej, wyjątkowej sytuacji.

Teren ambasady USA w Teheranie liczył 10 ha, otoczony był murem o długości prawie 2 kilometrów, a ochronę stanowiło zaledwie trzynastu komandosów. Tuż przed przyjazdem Marka doszło do pierwszego oblężenia ambasady przez antyamerykańskich demonstrantów, którzy rozeszli się po kilku godzinach. Kiedy zaczęli się gromadzić ponownie, 4 listopada 1979 r., Mark zakładał z początku, że i tym razem będzie podobnie.

- Protest był wywołany przede wszystkim przez to, że Ameryka przyznała szachowi prawo wyjazdu na leczenie. Budynek konsulatu, w którym pracowaliśmy oboje z Corą, znajdował się o pięć minut drogi od głównej bramy i miał własne wejście od ulicy. Ludzie, którzy wdarli się do środka albo o nas zapomnieli, albo nie zwrócili na nas uwagi.

Mark Lijek, obecnie na emeryturze, jest pod wrażeniem filmowych scen zajęcia ambasady w “Operacji Argo”. Były kręcone częściowo w Stambule, a częściowo w Kalifornii.

- Właściwie dopiero na filmie sobie uprzytomniłem, czym to musiało być dla tych pięćdziesięciu Amerykanów w głównym budynku – powiedział. – Trudno wytrzymać w kinie, patrząc na te obrazy.
Historia sześciorga Amerykanów, którym udało się wymknąć z ambasady, stała się mistrzowskim pokazem przekuwania rzeczywistości w hollywoodzki hit. Według scenariusza sześcioro uciekinierów – Mark i Cora Lijek, Bob Anders, Lee Schatz oraz Joe i Kathy Stafford – zamieszkało wspólnie w rezydencji kanadyjskiego ambasadora Kena Taylora. W rzeczywistości po kilku nocach, w tym jednej spędzonej w budynku należącym do Brytyjczyków, grupa Amerykanów podzieliła się – część istotnie została w domu Taylora, część ulokowano w domu innego kanadyjskiego urzędnika Johna Sheardowna.

Mark Lijek mówi, że rozumie, skąd w filmie ta zmiana.
- Ta dynamika buduje napięcie. Myślę, że rzecz się robi o wiele bardziej bardziej dramatyczna, kiedy mamy do czynienia z niezgodą, rozdźwiękiem. Ale tak czy inaczej nie jest prawdą, że nie mogliśmy wychodzić. W domu Johna Sheardowna był wewnętrzny dziedziniec z ogrodem, gdzie mogliśmy sobie spacerować swobodnie. Z tym, że faktycznie niewiele mieliśmy do roboty poza czytaniem książek i graniem w Scrabble’a. No i piliśmy sporo.

W scenariuszu napięcie rośnie, gdy irańska pokojówka w rezydencji kanadyjskiego ambasadora zaczyna się domyślać, kim są jego goście.
- Kathy Stafford, która mieszkała u ambasadora, uważała, że to złożona osobowość – mówi Lijek. – Myślę, że niektórzy irańscy pracownicy musieli podejrzewać, kim są Staffordowie, ale to było ryzyko czysto teoretyczne.

Główny wątek narracji brzmi nieprawdopodobnie, ale jest rzeczywistym faktem. CIA zaplanowała, by wydobyć z Iranu całą szóstkę liniowym samolotem z lotniska Mehrabad w Teheranie, przebierając ich za Kanadyjczyków pracujących przy nieistniejącej produkcji filmu science-fiction.

Mark Lijek wspomina, że z całej grupy on był najbardziej entuzjastycznie nastawiony do tego projektu.
- Uważałem, że to jest naprawdę niezły numer. Kto jak kto, ale filmowcy mogą mieć na tyle porąbane w głowach, żeby przyjechać do Teheranu akurat w trakcie rewolucji. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby udawać pracownika ekipy filmowej.

Prawda – którą “Operacja Argo” umiejętnie ukrywa – jest taka, że ta wymyślona historyjka nigdy nie została w pełni wypróbowana i w pewnym sensie nie miała zasadniczego znaczenia dla ich ucieczki.
Jest w filmie sekwencja, gdy cała wszyscy w sześcioro udają się na zwiady do Teheranu, żeby zrobić wrażenie, że są filmowcami. Według Marka jest to zupełna fikcja.

- Nie bylibyśmy w stanie tego zrobić. Wedle naszego scenariusza ambasador Kanady usilnie miał nam doradzać, żebyśmy żadnych rozpoznań nie przeprowadzali, ponieważ na ulicach jest bardzo niespokojnie. Gdyby nas ktoś zapytał, mieliśmy mówić, że wyjeżdżamy na razie i wrócimy, jak się trochę uspokoi. Ale nikt nas o to nie zapytał!

Dziś Mark Lijek sądzi, że największą wartością tej maskarady było to, że dawała uciekinierom nadzieję przetrwania ciężkiej próby na lotnisku. Finałowe sceny „Operacji Argo” są pełne napięcia, a uciekinierom cudem udaje się dostać do samolotu. CIA dostarczyła im fałszywe dokumenty wyjazdowe, do których oczywiście nie pasowały formularze przyjazdu. Dech zapiera pościg uzbrojonych członków Gwardii Rewolucyjnej, którzy chcą ich zatrzymać.

- Nic takiego nie miało miejsca – mówi Mark. – To prawda, że były problemy z dokumentami i to była nasza najsłabsza strona. Ale Agencja dobrze wykonała swoją robotę. Oni wiedzieli, że irańskie służby graniczne nie sprawdzają dokumentów zbyt dokładnie. Na całe szczęście dla nas, na lotnisku było bardzo mało Strażników Rewolucji. Właśnie dlatego lecieliśmy o 5.30 rano. Nawet oni nie byli dość gorliwi, żeby być tam tak wcześnie.
- Tak naprawdę kontrolerzy paszportów prawie na nas nie patrzyli. Całą odprawę przeszliśmy zupełnie normalnie. Mieliśmy lot do Zurichu, stamtąd zabrano nas do rezydencji ambasadora amerykańskiego w Bernie. To było całkiem proste.

Wszyscy sześcioro mieli zamieszkać na Florydzie pod zmienionymi nazwiskami do czasu uwolnienia pozostałych zakładników spośród personelu ambasady, co nastąpiło w styczniu 1981 r. Ale ten plan upadł, gdy relacje z tej dramatycznej ucieczki pojawiły się w prasie.

W 1981 r. w telewizji pokazano film “Ucieczka z Iranu. Canadian Carper”, który opowiadał całą historię z pominięciem roli CIA. Agencja wywiadu potwierdziła swój udział w niej dopiero w 1997 r.
Mark mówi, że jest dla niego dużą ulgą móc wreszcie otwarcie opowiadać o tej irańskiej przygodzie. Jest zachwycony filmem „Operacja Argo”, a zwłaszcza tym, jak świetnie wygładza rzeczywistość dla dramatycznego efektu. Sam oczywiście jest świadomy filmowego rzemiosła. W końcu w 1980 r. przez chwilę sam był filmowcem...

Vincent DowdArgo: The true story behind Ben Affleck’s Globe-winning film, BBC News, 14 January 2013 (tłumaczenie i opracowanie: A. Pawlikowska)

O szczegółach operacji Canadian Carper – jak nazywała się akcja wydostania z Iranu rzekomej ekipy filmowej kręcącej film "Argo" – można przeczytać tu.

do druku

poleć stronę