Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Ludzie »

Majer Bogdański - bundowiec z Piotrkowa

Małgorzata Zglińska


24-08-2004 / EA

Okno mieszkania Majera Bogdańskiego łatwo rozpoznać z daleka. Widnieje w nim plakat "Vote Labour" ("Głosuj na Partię Pracy") z charakterystycznym czerwonym goździkiem, symbolem laborzystów. Pozostał wierny ideałom lewicy. Schludne mieszkanko na piętrze wypełnione jest nutami, książkami i pamiątkami.


Pomimo 93 lat i wielokrotnie operowanego serca, nie pozwala podesłać sobie nikogo do pomocy. Sam sprząta i gotuje. Na ścianach zdjęcia jego bohaterów- Wiktora Altera i Henryka Erlicha oraz Szmula Zygielbojma, w ich sąsiedztwie plakaty ze sztuki Icchoka Lejba Pereca "W nocy na Starym Rynku" z Teatru Żydowskiego w Warszawie oraz z koncertu poświęconego Jehudzie Menuhinowi w Royal Festival Hall w Londynie. Obok wiszą laurki i własnoręcznie wykonane kartki urodzinowe od dzieci, które uczył tajników gry w szachy w londyńskich szkołach.

W pokoju stołowym króluje stare pianino, przy którym komponuje pieśni do wierszy poetów jidysz. Napisał ich ponad 400 – "Chcę wyciągnąć kopyta przy pracy" – mówi żartobliwie. W wiekowym futerale przewiązanym troskliwie sznurkiem, spoczywają skrzypce. Muzyka zawsze była jego miłością. Śpiewać zaczął już jako 7-letni chłopiec w piotrkowskiej synagodze podczas ślubów żydowskich. Na East Endzie, pracując jako krawiec do późnego wieczora, zostawał w warsztacie do północy, gdy wszyscy udali się już do domu i wygrywał swoja "kocia muzykę". Jego pasja i talent zaowocowały zdaniem egzaminu 8-go stopnia z teorii muzyki. Mając 88 lat wydał pierwszą płytę, na której bez akompaniamentu śpiewa przedwojenne piosenki żydowskie. Recenzenci pisali, ze mimo zaawansowanego wieku, artysta ma wspaniały glos. Dziś swoje kompozycje prezentuje na spotkaniach "Przyjaciół Jidysz". Tam też spotkałam go po raz pierwszy.

Żywotny starszy pan płynnie przeczytał po żydowsku opowiadanie o największym zbrodniarzu świata, a był nim oczywiście Kain, który w osobie swego brata wymordował połowę ludzkości. Majer podszedł do mnie i z uśmiechem zapytał czysta polszczyzna – "Pani jest Polką, czy tak?" Pięć minut później trzymałam już w ręku podarunek – śpiewnik jego autorstwa z dedykacja "Małgosi – Przyjaciółce z Polski". Od tamtej chwili staram się sprostać temu tytułowi.

Urodził się w ubogiej rodzinie stolarza w Piotrkowie Trybunalskim. Matka, Frymeta, której grób udało mi się odszukać na piotrkowskim kirkucie, osierociła go jako 13-letniego chłopca. Jego bar micwa miała wiec podwójną wagę – musiał przejąć obowiązki dorosłego mężczyzny. Bieda aż piszczała, wiec ukończywszy 4 klasy chederu, zacząć zarobkować. W domu było czworo młodszego rodzeństwa. Wyuczył się na krawca, bo takie było życzenie matki. Krawiectwo uważano za elegancki fach, bo krawcy nosili krawaty, wyróżniające ich spośród innych rzemiosł. Pracował ponad 12 godzin na dobę, dokształcał się w szkole państwowej oraz studiował Talmud. Kolega z warsztatu wciągnął go do Cukunftu (w języku jidysz – Przyszłość), młodzieżówki Bundu – Żydowskiego Związku Robotniczego (partii głoszącej m.in. postulaty autonomii narodowo-kulturalnej Żydów w diasporze, przeciwnej emigracji do Palestyny, walczącej aktywnie z antysemityzmem, współdziałającej m.in. z Polską Partią Socjalistyczną). Młodzież należąca do Cukunftu borykała się z podobnymi problemami bytowymi jak polscy robotnicy, tyle, że ci drudzy nie padali ofiara panoszącego się antysemityzmu. Nie musieli organizować się w celu obrony przed atakami bojówek endeckich. Cukunft i polskie Towarzystwo Uniwersytetów Robotniczych wspólnie urządzały demonstracje. Kiedyś udali się razem do burmistrza miasta z prośba o pozwolenie na akademię w proteście przeciwko wojnie. "Jakiej wojnie, panowie?!" – przestraszył się burmistrz i odesłał ich z kwitkiem. Pogłówkowali obaj i wrócili po kilku minutach, proponując akademię... w obronie pokoju! Udało się. Uzyskali zgodę burmistrza! W Bundzie poznał swoja przyszłą żonę, też piotrkowiankę, z ulicy Starowarszawskiej, Esterę Wolsztajn.

Były lata 30. Odbywał służbę wojskowa w IV Pułku Artylerii Ciężkiej w Łodzi. W teorii artylerii nikt nie mógł mu dorównać. Matematyka była jego mocną stroną. Koledzy, Polacy, spisywali od niego zadania domowe. Został asem. Tylko niski wzrost utrudniał mu żołnierski żywot. Do kotła trzeba było ustawiać się od najwyższego do najniższego. Musiał jeść w biegu, bo zawsze był ostatni. Bał się też koni, a przełożony groził – "Jutro dam Ci wyższego!" Zaparł się. "Jak inni potrafią, to ty tez możesz, chamie" – mówił do siebie i... zdał egzamin z jazdy na piątkę.

"Chłopak sprężyna" – chwalono go. Jako jedyny Żyd ze swego rocznika dostał się do szkoły podoficerskiej. Ucieszył się, że nie będzie już musiał czyścić zawszonych koni. Z całej szkoły, liczącej 81 elewów, tylko 8-miu awansowano na kaprali. Był jednym z nich. Ukończył szkołę z pierwszą lokatą, a w nagrodę otrzymał kieszonkowy zegarek z wygrawerowanym napisem: "Pierwsza Lokata Szkoła Podoficerska IV PAC Klasa LKM 1934". Młodzi Bogdańscy mieszkali wówczas w Łodzi. Poznał tam Szmula Zygielbojma, którego dzieci, Ryfka i Josel, zostały jego bliskimi przyjaciółmi.

24-go sierpnia 1939 został zmobilizowany. Estera codziennie przychodziła do koszar na Placu Hallera. Nie przestawała płakać. Nie wiedział, jak pocieszyć młoda żonę, więc tylko ją głaskał i całował. W sobotę, jakby przeczuwając rozstanie, poprosiła go o zegarek, najcenniejsze co miał. "Możesz go zgubić w okopach, a jeśli nie powrócisz, będę miała pamiątkę po tobie". Siedziała aż do capstrzyku. O 22-ej kazano jej opuścić koszary. Już nigdy nie mieli się zobaczyć. Następnego dnia o świcie niespodziewanie dano rozkaz wymarszu. Dotarli do Chełma, gdzie radzieckie czołgi wzięły ich do niewoli. Deportowano ich do gułagu 1000 km na północny wschód od Archangielska. "Zdechniecie tu jak szczury" – oświadczono im na wstępie.

Odbywali katorgę w lagrach, aż do sformowania przez generała Władysława Andersa I Armii Wojska Polskiego. Po zwolnieniu z łagrów nastąpiła rejestracja. Szukano działowego. Nikt się nie zgłaszał. Major, Polak, zwrócił się do niego: "Dacie radę?". Był przecież artylerzystą – "Tak jest, panie majorze!" – odpowiedział bez wahania. "Nazwisko?" – "Bogdański, Majer". "Polak?" – dociekał dalej oficer. "Żyd"- odparł Majer. "To poczekajcie chwileczkę"- rzekł major i odszedł. Czeka na jego odpowiedź do dzisiaj!

Często pytano go o antysemityzm w polskim wojsku. "Byli antysemici, ale nie antysemityzm" –odpowiada nieodmiennie. "We Włoszech, już po wojnie, był w moim plutonie żydowski chłopak z Radomia. Gdy dowiedział się, że ojciec z siostrami ocaleli z Zagłady, poprosił o urlop. Przyznano mu aż 10 dni, talony na benzynę i wypożyczono ciężarówkę, aby mógł przywieźć uratowana rodzinę, która później pozostawała na utrzymaniu batalionu". Byli jednakże i inni – jak pewien sierżant, który usłyszawszy w radio o liczbie poległych w Powstaniu w Getcie Warszawskim, stwierdził "Za mało!". Temu jeszcze dziś Majer naplułby w twarz.

Trafił w końcu do piechoty. W 1 Batalionie 3 Dywizji Strzelców Karpackich, pod dowództwem podpułkownika Fanslaua, bił się pod Monte Cassino i Ankoną. Za zasługi na polu walki dostał awans na plutonowego. Miał teraz prawo chodzić do kasyna oficerskiego, ale wolał zostawać ze swoimi żołnierzami. Był lubiany. Polscy koledzy powiadali do niego – "Ty jesteś porządny Żyd, Majer". Wystarczało, aby rzucił do swych podkomendnych "Chłopaki, jedziemy!", a już wskakiwali do jeepa, nie pytali nawet, gdzie jadą. Wiedzieli, że z nim nigdzie nie będzie nudno. Ufali mu jak ojcu. Przyszedł raz do niego polski chłopak. Chciał się zaręczyć, a nie miał kogo poprosić o radę. "Co mam zrobić, Panie Bogdanski?" – pytał, wierząc w jego życiowa mądrość.

Czy w Palestynie miał chęć zdezerterować? Przełożeni Polacy zachęcali żydowskich żołnierzy do ucieczki, ale on z pola bitwy nigdy się nie cofał. Bund piętnował dezerterów. "Myśmy przecież nie mieli żadnego innego kraju, czułem się w obowiązku walczyć za Polskę".

O losach Estery dowiedział się po wojnie. Wróciła do matki, do Piotrkowa. Zaangażowała się w walkę podziemną. W lipcu 1941 roku łączniczka PPS-u, Maria Szczęsna, wpadła w ręce Gestapo. Pech chciał, że miała przy sobie listę bundowcow piotrkowskich. Gestapo błyskawicznie wyłapało czołowych bojowników żydowskiego ruchu oporu, wśród nich żonę Majera. Po kilku tygodniach tortur Niemcy odstawili więźniów na stację kolejową. Nikt ze świadków tego wydarzenia nie rozpoznał skatowanej Estery, dopóki nie dała im sekretnego znaku, że nikogo nie wydała. Mężczyzn wywieziono do Auschwitz, a kobiety do Ravensbruck. Do Auschwitz trafiła po roku, gdy otwarto tam oddział kobiecy. W Muzeum w Oświęcimiu zachował się, wystawiony przez Niemców, akt zgonu Estery Bogdańskiej, z domu Wolsztajn. Stwierdza, że zmarła 22 lutego 1943 roku. Jako przyczynę zgonu obozowy lekarz podął słabość serca. Przez 60 lat Majer sądził, że jego żonę zgładzono natychmiast, w 1941 roku. Ponad rok przetrwała obozowe piekło.

Po wojnie na cmentarzu żydowskim w Piotrkowie postawiono symboliczny grób-pomnik poświęcony bohaterskim bundowcom. Napis głosi: "Na posterunku podziemnej organizacji Bund zginęli w obozach z rąk hitlerowskich. 1941". Poniżej figurują nazwiska 20 zamordowanych, wśród nich Estera Wolsztajn. Są to jedyne ślady pozostałe po tej dzielnej kobiecie.

Po wojnie w Polsce zapanowały narzucone przez Rosję Radziecką komunistyczne rządy. Mejer Bogdański patrzył na nową mapę Polski, przerażony, że Warszawa jest tak blisko granicy radzieckiej. Do takiej Polski wracać nie chciał. Poza tym nie było już do kogo. Gdy tylko zszedł ze statku i postawił nogę na angielskiej ziemi, wiedział, że tutaj umrze. Mieli naszywki obcych wojsk na rękawach, a mimo to wszyscy z uśmiechem mówili do nich "Dzień dobry!". Pozostał na tej gościnnej wyspie. Powrócił do zawodu krawca.

Dorobił się własnego warsztatu. Nie ożenił się więcej. Nigdy jednak nie zapomniał swych więzów z Polską. W czasie londyńskich obchodów 61-ej rocznicy tragicznej śmierci Szmula Zygielbojma podszedł do attaché Ambasady RP i przedstawił się nie bez dumy: "Jestem Andersowcem, walczyłem pod Monte Cassino".

Z przedwojennej 15-to tysięcznej społeczności żydowskiej w Piotrkowie Trybunalskim ocalało tylko kilkaset osób. Wiatr historii rozwiał ich po świecie. Nie ma już ich w Piotrkowie, ale gdy ich drogi krzyżują się w rożnych zakątkach świata, odkrywają na powrót więź – wieki przeżyte razem pod wspólnym niebem.

Tak jak my, piotrkowski andersowiec i wnuczka majora AK rodem z tego samego miasta.

do druku

poleć stronę