Forum
   
Forum

Polecamy

Nowoczesna parafia

Papieże wobec kwestii żydowskiej

Ochrona życia – prawo a edukacja

Dekalog demokracji

Młodzi o przeszłości i przyszłości

Deklaracja europejska

Deklaracja europejska Chrześcijan Żydów i Muzułmanów

Przeciwko antysemityzmowi

Indeks nazwisk

Indeks tematów

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Fundacja Kultury Chrześcijańskiej Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

Ludzie »

Mój Majer

Małgorzata Zglińska


15-09-2005 / MT

- Był starszym panem, niskim i kruchym. Życie próbowało przygiąć Go do ziemi, ale On dzielnie prostował się, z promiennym uśmiechem na twarzy, cudownie gładkiej jak na 93-latka – Małgorzata Zglińska wspomina Majera Bogdańskiego.


Wszystkich dokoła obdarzał hojnie tym właśnie zawadiackim uśmiechem dziecka szczęśliwego, bo wygrało lizaka na loterii, lizaka, którego pewnie nigdy od nikogo nie dostał.

Roztaczał wokół siebie duchowe piękno, czar, któremu trudno było się oprzeć. Od pierwszego spotkania ulegałam Jego urokowi. Potrafił rozkosznie mnie zaskakiwać. Tuż po wyjściu z obchodów Chanuki, w czasie których swym pięknym, mocnym głosem wznosił żydowskie modły, nagle zaintonował "Boże coś Polskę". – Przecież w wojsku (a bił się w Armii Andersa pod Ankoną i Monte Cassino) musiałem prowadzać moich żołnierzy na niedzielną mszę – wyjaśnił ze śmiechem, widząc moje osłupienie. Sprawił mi tym niemałą frajdę i chyba było to Jego intencja.

Pokochałam Go jak własnego dziadka. Chciałam sobie zasłużyć na Jego miłość i sądzę, że mimo moich potknięć, zdobyłam ją. Był to najcenniejszy dar, jaki od niego otrzymałam. Cadyk – jak pięknie nazwał Go ktoś z bliskich w czasie pogrzebu. Był dobry, ciepły i mądry. Wyroki losu przyjmował z godnością i pogoda ducha. Gdy czuł, że siły Go opuszczają i nie poradzi sobie sam z trudami codziennego bytu, poprosił przyjaciół o znalezienie dlań domu opieki. On, ze swym żywym intelektem i błyskotliwym umysłem znalazł się pośród pensjonariuszy z przerażającą starczą demencją. A jednak był rad, bo sam podjął tę decyzję, a więc nadal kierował własnym życiem. Pragnął, jak mawiał żartobliwie, "wyciągnąć kopyta przy pracy".

Musiał pozostawić swoje wierne pianino, ale dalej niestrudzenie komponował muzykę do wstrząsających wierszy o Zagładzie. Pieczołowicie robił odręczne kopie swych utworów i prosił, abym pomogła mu przekazać je ich autorom – Jerzemu Ficowskiemu i Wisławie Szymborskiej. Chciał, aby wiedzieli, ze stary polski Żyd przeżywa ich poezję w dalekim Albionie.

Delikatny i pełen wyczucia w ostatnim liście do mnie złożył hołd mojemu światu, pisząc: "A teraz, proszę Cię, uwierz, uwierz mi, że i ja poczułem straszną pustkę w moim sercu z powodu zgonu Papieża Jana Pawła II. Ja tylko życzę wszystkim Jego następcom, żeby się podnieśli do Jego poziomu człowieczeństwa". Potrafił dostrzec w każdym dobro, zawsze widział obie strony medalu, a Jego bliskość napełniała kojącym spokojem.

Chciałam Go jakoś uczcić, wynieść, uczynić bohaterem, bo dla mnie On nim był, i tak się zapomniałam w owym pragnieniu, ze straciłam z oczu samego Majera i wielki format tego człowieka. Przyjaciółka namówiła mnie, abym napisała do MON-u, a może przyznają Majerowi jakiś order itd. Uczyniłam to, a odpowiedz była pozytywna – chcieli Go awansować do stopnia podporucznika i przyznać mu jakieś odznaczenia za zsyłkę na Sybir i pobyt w gułagu. Gdy Majer się dowiedział, stanowczo zaoponował. Uważał, że dostał tyle, na ile zasługiwał, że przecież on nie czuje się pokrzywdzony, że to tak jakby uważał, ze należało mu się więcej niż otrzymał, że tym samym podważałby decyzje swoich dowódców, że to by było nie fair wobec jego towarzyszy broni, nie po żołniersku i nie po obywatelsku, że walczył, bo to był jego żołnierski obowiązek, niczego nie przyjmie i basta! A wiec znowu wykazał się klasa! Jak ja głupia mogłam o tym nie pomyśleć?

Przyszedł czas, abym wyznała coś, co mi ciąży. Podczas jednej z naszych rozmów wspomniał temat spalonej stodoły... Szybko zorientowałam się, ze chodzi Mu o Jedwabne i książkę Grossa. Obiecałam zdobyć ją dla Niego, a na początek podarowałam mu znakomite "My z Jedwabnego" Anny Bikont. Nigdy nie dałam Mu obiecanej lektury, choć była u mnie na półce. Bałam się utracić Jego serce, przecież ja też jestem z Jedwabnego, z tamtej ziemi, z narodu tamtych sąsiadów. Czytał książkę Anny Bikont, a ja truchlałam. Wyznawał mi, ze psychicznie nie dawał rady przebrnąć przez więcej niż 3 strony dziennie, ale nic się między nami nie zmieniło. Pozostał serdeczny i otwarty. Po raz wtóry nie zaufałam Jego klasie, podejrzenia wzięły górę, a przecież nigdy nie próbował naginać prawdy, zawsze oddawał sprawiedliwość zarówno tym sprawiedliwym jak i podłym spośród moich rodaków.

Kiedyś zanucił mi tak dobrze znane nam obojgu tango Jerzego Petersburskiego "Ostatnia niedziela". Niestety tej ostatniej niedzieli nie spędziliśmy razem, choć zapraszał mnie do siebie gorąco. Wyjechałam na wakacje, widokówka z Polski doszła za późno. Spoczęła na Jego mogile. "Odrobina nostalgii i gorące buziaki ze słonecznej Warszawy", a pogoda była taka piękna tego lata!

Dziękuję za przywilej poznania Ciebie. Wielkie to dla mnie szczęście. Żal tylko, ze tak krotko trwało.

Zaj gezunt, majn Frajnt!
Twoja przyjaciółka z Polski

Zob. też:
24.08.2004
Ludzie Majer Bogdański – bundowiec z Piotrkowa

do druku

poleć stronę